http://www.suwalki.info

:: Suwalscy ratownicy medyczni
Artykuł dodany przez: luki (2008-03-10 11:24:25)

Nawet kiedy nic się nie dzieje,  są czujni. Wysportowani, profesjonalni, opanowani podczas akcji - tacy są ratownicy medyczni z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Suwałkach.

Życie na "gwizdku"

- Wystarczy mi dźwięk drukarki na końcu korytarza, która wypuszcza kolejne wezwanie przyjęte przez dyspozytorkę - mówi Mirek Putra, ratownik medyczny i kierowca. - Zanim zadzwoni telefon, już jestem przy maszynie.
Na kartce kilka suchych danych: imię nazwisko, adres i uzasadnienie wezwania.
- To nie znaczy nic - kręci głową Darek Fiedorowicz, ratownik z trzynastoletnim stażem. - Czytasz: "krwawienie", a to  może być parę kropel krwi, ale też  krwotok. Wtedy liczą się sekundy.

Czwarty dom za krzyżem

Godzina 17.45. Jest wezwanie na ulicę Paca. Jedzie karetka podstawowa, tym razem specjalistyczna "erka" nie będzie potrzebna. Wyjazd nr 1236. Skład trzyosobowy: lekarz, ratownik, kierowca. W "erkach" dodatkowo jeździ jeszcze drugi ratownik lub pielęgniarka.  Mirek Putra nie włącza "gwizdka" i „koguta”. Zdarza się jednak, że nawet na sygnale ciężko przedrzeć się przez uliczny tłok. A za ewentualny wypadek odpowiada kierowca ambulansu.
Reja za nami. Z Kowalskiego skręt w prawo. Teraz trzeba znaleźć właściwy blok i odszukać numer mieszkania na domofonie.

- Dokładny adres jest bardzo ważny - mówi Mirek. - Czasem trzeba się dobrze najeździć zanim się trafi. Bo jak na przykład znaleźć czerwony dach po zmroku, albo czwarty dom za krzyżem, kiedy we wsi stoi pięć krzyży – uśmiecha się.
Tym razem ze znalezieniem pacjentki nie było problemu. Ratownicy oddychają z ulgą, bo w wieżowcu jest winda.
- Jak się trafi czwarte piętro bez windy,  ponadstukilowy pacjent,  to lepiej niż siłownia. Do tego  30-kilogramowe nosze i plecak z medykamentami – wylicza Darek Fiedorowicz.
Suwalscy ratownicy często wspominają 220 - kilogramowego  pacjenta z Augustowa, którego trzeba było regularnie transportować na dializy. Za każdym razem musieli prosić o pomoc strażaków.
- Przepisy mówią, że w takich przypadkach mamy obowiązek wzywać pomoc - potwierdza Jarosław Andruszkiewicz. - W rzeczywistości jednak o nią nie prosimy. Często nie ma na to czasu, od nas przecież zależy ludzkie życie. A o tym, że robimy to kosztem własnego zdrowia, zapominamy.
Trzeba przede wszystkim być człowiekiem - tę dewizę ratownicy stosują czasem nawet wbrew przepisom.
Chorą mieszkanką z ulicy Paca okazuje się kobieta ze stwardnieniem rozsianym. Ma wysoką temperaturę, czuje się słabo. Ratownicy znoszą ją do ambulansu i jadą na szpitalną izbę przyjęć. Oddychają z ulgą dopiero wtedy , kiedy zamkną za sobą szpitalne drzwi. Wracają na Mickiewicza.
Mirek parkuje mercedesa. Ale na tym wyjazd się nie kończy.
- Teraz trzeba umyć sprzęt, uzupełnić leki - wylicza. - I już można wracać na dyżur.

Od warszawy do mercedesa

Chodzącą historią suwalskiego pogotowia jest Zbigniew Wierzbiński. Ze służbą zdrowia jest związany od 32 lat. Ćwierć wieku przejeździł tu karetką.
- Kiedy zaczynałem pracę, jeździło się warszawami - wspomina Zbyszek. - Potem pojawiły się uazy, nysy, a jeszcze później nastały francuskie marki: citroeny i renault. Aż w 1997 trafił się prawdziwy rarytas - mercedes. Mój Boże, czy ja bym kiedyś pomyślał, że będę nim jeździł w pogotowiu ?
Dzisiaj w garażu przy Mickiewicza parkują trzy mercedesy, dwa fordy, dwa volkswageny i fiat.
-    Najbardziej komfortowe i najmniej awaryjne są mercedesy - ocenia.- Pacjentom też jest wygodnie, bo nie trzęsie, jak w fordzie.
Ale i ford jest cudem techniki w porównaniu do karetek sprzed dwudziestu lat.
- Jechaliśmy kiedyś fiatem do porodu - opowiada. - Z tyłu miejsca było tyle, co na nosze i fotel lekarza. W drodze do szpitala kobieta zaczęła rodzić. Lekarka wydała dyspozycję – nosze z karetki. Wyjęliśmy je i postawiliśmy na ziemi. Lekarka przyjęła poród. Schowaliśmy nosze i pojechaliśmy dalej.
Zbigniew wspomina też lekarzy, z którymi jeździł: Romana Dembińskiego, Mirosława  Gałkowskiego, Jana Dziokana,  Edmunda Stachowiaka, Roman Racza, Wiktora Moroza.
- Większość już nie żyje... – zamyśla się kierowca.

Halo, taxi

Porównując dawne i dzisiejsze czasy Zbigniew Wierzbiński zwraca uwagę, że kiedyś ratownicy cieszyli się większym szacunkiem i mniej było nieuzasadnionych wezwań.
- Dzisiaj tylko 30 procent jest uzasadnionych – analizuje Jarosław Andruszkiewicz, ratownik z długiem stażem. – Ludzie traktują pogotowie jak "przychodnię na kółkach", albo taksówkę. Nie mają ochoty pójść do lekarza rodzinnego, wzywają karetkę. Do kataru, kaszlu, bólu brzucha. Rodzinie nie chce się własnym samochodem czy taksówką zawieźć chorego ze złamaną ręka do szpitala, więc dzwoni do nas – skarży  się.
Chorzy nie mają skrupułów i kłamią dyspozytorce, że ich stan wymaga natychmiastowej interwencji. Inni wręcz uzależnili się od przyjazdu ratowników.
-    Nawet nie podają nazwiska, tylko mówią do słuchawki: Migotanie przedsionków, ulica Jaśminowa 35 – wcale nie żartują ratownicy. – A pamiętacie babcię z Suzina, która kiedy chciała pogadać, wzywała karetkę? Wiedzieliśmy, że to wizyta towarzyska, ale wezwanie to wezwanie. Trzeba było jechać - śmieją się.  
Najczęściej karetki jeżdżą do pijanych, leżących na ulicy. W Suwałkach jest też kilka stałych adresów, gdzie w weekend nie obejdzie się bez wizyty pogotowia.
- Lokale  "Labirynt", "Kuźnia", ulice Kościuszki i Wesoła – wymieniają jednym tchem ratownicy.
Najbardziej irytuje ich, że kiedy erka traci czas u „bolącego brzucha”a ktoś, kto naprawdę potrzebuje pomocy,  musi czekać.
- Swego czasu za nieuzasadnione wezwania trzeba było płacić, może to było dobre rozwiązanie – zastanawiają się.

Gdzie są emocje, nie ma rutyny

Marcin Jachimowicz, ratownik od czterech lat, lubi swoje zajęcie.
- Wstaję rano i chętnie idę do pracy – mówi. - Tu nie ma monotonii, każdego dnia coś się dzieje. Każdy dzień przynosi nowe doświadczenia.
Marcin wie, że w akcji ratunkowej najważniejszy jest profesjonalizm. Emocje trzeba ostudzić, a niewybredne  komentarze zdenerwowanych ludzi puścić mimo uszu.
-    Niestety, dzisiaj najczęściej pretensje pojawiają się już na progu, kiedy wchodzimy  do mieszkania. Słyszymy: Czemu tak długo? – żali się Jarosław Andruszkiewicz.
Na walkę z własnymi emocjami nie ma wtedy miejsca.
-    Trzeba skupić się wyłącznie na potrzebującym pomocy – mówi Marcin.
Odreagowanie przychodzi później. Kiedy już puszczą nerwy oczy często robią się wilgotne.
-    Pojechaliśmy kiedyś do wypadku drogowego – wspomina Marcin. –Tak straszliwie zmasakrowanego ciała nigdy nie widziałem. Mężczyzna nie żył, a ja poczułem ukłucie w sercu z bezsilności, że już nic nie mogę zrobić. Takie sytuacje śnią się potem po nocach.
Darek Fiedorowicz nie potrafi pogodzić się ze śmiercią dzieci.
-    Przeżyłem cztery zgony noworodków. Nigdy tego nie zapomnę. Podczas akcji byłem twardzielem, ale do bazy wracałem na miękkich nogach.
Akcję ratunkową podejmują zawsze, nawet kiedy pacjent już nie żyje. Wiedzą, że dla bliskich czerwone kurtki ratowników to ostatnia nić łącząca ich z bliskimi. Ostatnia nadzieja.
Każda reanimacja, która się nie powiodła zostawia trwały ślad w psychice.
- Nad tym nie da się przejść do porządku dziennego - wzdycha Mirek Putra.
Ratownik, bez względu na staż, potrzebuje od czasu do czasu rozmowy z psychologiem. Niestety, takiego wsparcia nie mają. Organizuję więc koleżeńską pomoc. Po trudnych akcjach dzielą się wrażeniami.
- Relacjonujemy kolegom, co zastaliśmy, co robiliśmy. Analizujemy, czy można byłoby inaczej poprowadzić akcję ratunkową – mówi Marcin. – To dobry sposób na odreagowanie.

Wielka rodzina w czerwonych polarach

Chłopaki z pogotowia, na co dzień twardziele, nie wstydzą się serdecznych gestów. Mówią, że są jak jedna wielka rodzina.  
– Spędzamy razem wiele godzin, często bardzo trudnych. Spotykamy się też po pracy. Ale mamy zasadę – nie rozmawiamy wówczas o pogotowiu  - podkreśla Marcin.
 Na pierwszy rzut oka widać, że są ze sobą bardzo zżyci.
- To przekłada się na pracę - podkreśla Jarek. - W czasie akcji nie potrzebujemy słów. Porozumiewamy się wzrokiem, gestem.
 Na temat  familiarnych reakcji w zespołach potrafią żartować:
- Jemy przy jednym stole,  mamy wspólne sypialnie. To prawie jak z żoną.
Poczucia humoru nie można im odmówić. Twierdzą, że to pomaga na stres. Lubią też swoje ksywki – Futrzak, Szwagier Szwagra, Donosiciel, Siwy, Szybki, Kimek, Brat Bliźniak.
Po pracy grają w siatkówkę, chodzą na basen. Rekreację mają zagwarantowaną z funduszu socjalnego.
                                                                          ***
Andrzej Bacharewicz, lekarz pracujący z suwalskimi ratownikami,  podkreśla komfort pracy z nimi.
- Są to ludzie świetnie przygotowani i ciągle podnoszący swoje kwalifikacje.  
O tym świadczą puchary za pierwsze miejsca w najważniejszych krajowych i międzynarodowych zawodach zespołów ratowniczych.
- Bardzo angażujemy się w przygotowanie do konkursów. To wiele godzin ciężkiej pracy, na którą poświęcamy swój prywatny czas. Poza satysfakcją i przysłowiowym "uściskiem ręki prezesa" nie mamy z tego nic. Na zawodach spotykamy się z kolegami z innych stacji, porównujemy zarobki i warunki pracy. To, co oni już mają,  u nas jest ciągle w sferze obietnic - nie kryją żalu.
Po 20 latach pracy doświadczony, wykształcony ratownik zarabia 1200 zł.
- To nas boli - mówią zgodnie. - Dlatego po godzinach musimy dorabiać w różnych zawodach. Z gołej pensji nie jesteśmy w stanie utrzymać rodzin.

Ewa Gawęcka, Agnieszka Szyszko



adres tego artykułu: http://www.suwalki.info/articles.php?id=89