http://www.suwalki.info

:: Marcelina z "Wesela Figara"
Artykuł dodany przez: luki (2007-02-23 17:00:30)

Urodziła się 11 marca 1980 roku. W Suwałkach ukończyła pod sta wówkę, szkołę średnią i Państwową Szkołę Muzyczną I i II stopnia, a w Łodzi Akademię Muzyczną. Datę 16 grudnia 2006 roku zapamięta na całe życie. W tym dniu śpiewała partię Marceliny w pre mie ro wym spektaklu „Wesele Figara”. – To wielce utalentowana osoba – mówi Kazimierz Kowalski, dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi. – W kwietniu zaśpiewa partie Berty w „Cyruliku sewilskim”. A jesienią otrzy ma kolejne znaczące role. Cieszę się, że jej debiut miał miejsce na naszej scenie i wierzę, że na tej scenie jej kariera się nie skończy. Świat stoi przed nią otworem. O kim tak ciepło mówi Kazimierz Kowalski?

Z Anną Kalejtą, suwalczanką, która 16 grudnia 2006 roku rolą Marceliny w Weselu Figara za debiutowała na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi rozmawia Tadeusz Moćkun

Scena z „Wesela Figara”, z prawej Marcelina. Zdjęcie z archiwum Teatru Wielkeigo w Łodzi, foto: Chwalisław Zieliński

Sprytny Figaro, niegdyś sewilski cy rulik, ma poślubić Zuzanę, służącą Harbiny. Tym czasem w zamku zjawia się Marcelina…

– Zjawia się i od razu knuje intrygę, która ma za zadanie pozyskać Figara jako męża. Kiedyś bowiem obiecał jej małżeństwo, o ile nie będzie w stanie w termi nie spłacić po życzonej od Marceliny znacznej sumypie niędzy. Termin minął, a pieniędzy nie ma. Marcelinę w jej zabiegach wspiera doktor Bartolo, z którym niegdyś miała romans.

Nie łatwiej było poprosić o po moc firmę windykacyjną?

– …(śmiech). Może i łatwiej, ale w tamtych czasach firm takich nie było. Pozostawały za tem sprytne intrygi, takie jak ta.

 Niezłe ziółko z tej Marceliny?

– Oj niezłe. To prawda. Ale Mar ce li na to taka barwna po stać, która po win na znaleźć się w każdej operze, żeby za cie ka wić widza, popchnąć ak cję do przo du. „Wesele Figara” to na wią za nie do „Cyrulika sewilskiego” Rossiniego, w któ rym to klucz ni ca Marcelina na wią zu je ro mans z Bartolo. Wynikiem jest przyj ście na świat dziecka, które zo sta ło porwa ne. Jak się okazuje, dzieckiem tym, synem Marceliny i Bartolo, jest właśnie Figaro…

Dzięki któremu za debiutowała pani na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi. Jak się trafi a z Suwałk na deski łódzkiej opery?

– To ciężka droga. Lata pracy nad sobą i głosem. To trzy lata nauki w Państwo wej Szkole Muzycznej w Suwałkach pod okiem pani Marleny Borowskiej i sześć lat studiów w Akademii Muzycznej w Łodzi. Później trafiłam na przesłuchanie do teatru i zostałam przyjęta.

Złośliwi twierdzą, że w walce o tak intratne posady liczą się silne łokcie?

– Nie w tym przypadku. Ja takich metod nie stosuję. O przyjęciu mnie owszem zadecydowała siła, ale siła mojego głosu. Poszłam na przesłuchanie. Zaśpiewałam arię Urliki z „Balu ma sko we go” Verdiego. Dyrektorowi Kazimierzowi Kowalskiemu spodobało się na tyle, że zaproponował mi rolę. I tak za gra łam Marcelinę.

Dlaczego śpiew operowy, a nie na przykład disco polo, rock czy jazz? Popularność i pieniądze zdobywa się na estra dzie, a nie w teatrze. Gdyby za śpiewała pani na przykład Mydełko fa, o Annie Kalejcie mówiłoby pół Polski i całe Suwałki. A tak, znają panią tylko fachowcy.

– Po pierwsze muzyka disco polo nie trafi a do mego serca… (śmiech). Bliższe są mi rock i tak zwana muzyka alternatyw na. To ciekawe, ale do suwalskiej szkoły muzycznej zdawałam z zamiarem wyszkolenia głosu estradowo. Do stałam się na ten kierunek, ale po dwóch tygodniach nauki uświadomiono mi, że to, co śpiewam, to śpiew klasyczny, operowy. Pomyślałam, co mi szkodzi, spróbuję. I zostałam. Gwiazdy operowe wielkiego formatu też zarabiają duże pieniądze. Z popularnością natomiast bywa różnie. Opera jest bowiem dla węższego grona odbiorców.

Nie jest Pani przykro, że o debiucie Anny Kalejty na deskach Teatru Wiel kiego w Łodzi, w „Weselu Figara” – wiel kim dziele, wielkiego mistrza, w rodzin nym mieście jest cicho?

– Trochę przykro. Chcę jednak dalej robić swoje, mieć z tego satysfakcję i godne życie. Nie zależy mi, żeby trafić na pierwsze strony gazet, szczególnie plotkarskich.

„Suwalskie Echa” plotkarskie nie są, ale zrobimy pani psikusa i umieścimy zdjęcie na pierwszej stronie…

 – …(śmiech) O nie!!! Skąd zainteresowanie śpiewem operowym? – To przyszło w trakcie nauki w szkole muzycznej w Suwałkach. Wcześniej interesowałam się muzyką baletową, 4 Wydarzenie tygodnia O tym, że dostałam etat w Teatrze Wielkim w Łodzi, zadecydowała siła, ale nie moich łokci, a głosu. Nie czuję się jak Teresa Żylis-Gara, ale mam na dzieję, że dorównam jej sławą, a może jeszcze przebiję. Z kuchennego stołu na scenę operową Foto. B. Pieklik 4/49 24.02.2007–09.03.2007 r. poważną, ale nie stricte operową. Dopiero, jak tę muzykę zaczęłam wykonywać, jak zaczęłam wgłębiać się w arkana sztuki wokalnej i operowej, za poznawać się z kompozytorami i ich dziełami, zakochałam się w tej muzyce. I tak zostało.

Kto pierwszy odkrył w pani talent wokalny?

 – Tradycyjnie rodzina. Jako mały brzdąc śpiewałam na imprezach u babci. Sceną był stół, a mikrofonem łyżka. Później były festiwale piosenki. Wreszcie szkoła muzyczna, w której zaczęła się moja przygoda ze śpiewem operowym.

Mówi się, że dla podtrzymania głosu każdego ranka śpiewak musi wypić kilka surowych jajek?

– Nie jest to prawdą. Więcej, kurze białko oblepia ścianki gardła i nie pomaga w wydobyciu prawidłowego, czy stego dźwięku. Zdecydowanie lepszym sposobem jest kieliszek czerwonego wina w przeddzień występu. W ten sposób poprawia się bowiem ukrwienie wiązadeł głosowych, potocznie zwanych strunami.

Co składa się na sukces na scenie operowej?

– Opanowanie nerwów, wiara w siebie. Ważna jest psychika, bowiem trzeba walczyć ze swoim ciałem i głosem. Trzeba widzowi podać siebie na tacy, sprzedać duszę.

Chyba jest w tym trochę przesady. Przecież śpiewać każdy może…

 – Pytanie tylko jak: trochę lepiej, czy trochę gorzej... (śmiech) Co zatem trzeba zrobić, żeby śpiewać „trochę lepiej”? – Trenować głos codziennie, na początku pod okiem dobrego fachowca.

Ale sąsiedzi tego nie wytrzymają.

– Z sąsiadami to ciężka sprawa, bo wiem wolumen wydobycia głosu tech niką operową jest dosyć pokaźny. Nie raz sąsiedzi walili do mnie w rurę, że za głośno śpiewam. Na szczęście w akademii, a teraz w teatrze są sale do ćwiczeń śpiewu.

Debiut za panią i co dalej?

– Dostałam już etat, jestem zatem pełnoprawną śpiewaczką Teatru Wiel kie go w Łodzi. A przede mną kolejne role, teatry. Może świat stanie przede mną otworem. Mam taką nadzieję.

Przeciętny Polak potrafi wymienić nazwiska kilku śpiewaków operowych. Gorzej ze śpiewaczkami, szczególnie polskimi, z których najbardziej znana jest Teresa Żylis- Gara.

– Dzieje się tak, bowiem opera nie może doczekać się promocji, na jaką za sługuje. Nie ma nas w mediach. Nie jestem Teresą Żylis-Garą, a Anną Kalejtą… (śmiech). Mam jednak nadzieję, że dorównam, a może i przebiję sławą Teresę. Pozytywne myślenie i wiara to osiemdziesiąt pięć procent sukcesu. I ja w to wierzę.

Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia.

Wywiad pochodzi z najnowszego numeru "Suwalskie Echa".



adres tego artykułu: http://www.suwalki.info/articles.php?id=74