http://www.suwalki.info

:: Wszystko zaczęło się od starych koszul ojca
Artykuł dodany przez: kama (2014-04-04 09:28:45)

Wszystko zaczęło się od starych koszul ojca, które cięła i przerabiała na własne i oryginalne stroje. Dziś w kreacjach Anny Cichosz chodzi wiele osób. Ona sama unika jednak wielkiego świata i rozgłosu. Z wielkich miast powróciła na Suwalszczyznę, gdzie są jej korzenie. Cały czas chce się jednak rozwijać, tworzy kolejne ciekawe projekty. Podjęła się także dokonania wizualnej metamorfozy jednej z najstarszych suwalskich restauracji. Projektantka będzie również gościła podczas niedzielnych Targów Ślubnych, gdzie zaprezentuje swoją kolekcję. Skąd się wzięła miłość do sztuki? Byłam wychowywana w środowisku artystycznym. Moja mama jest plastykiem z wykształcenia. Gdy byłam mała rodzice mieszkali w akademiku w Mińsku Mazowieckim. Od najmłodszych lat miałam zatem styczność ze sztuką i ludźmi, którzy ją tworzyli. To między innymi oni wpłynęli na moje postrzeganie. A jak zaczęła się pani przygoda z projektowaniem? Pasja związana z projektowaniem miała również początek w dzieciństwie. Zaczęło się od cięcia starych koszul ojca. Były lata 80-te, problem ze zdobyciem jakiejkolwiek odzieży. A ja od zawsze chciałam wyglądać inaczej, mieć coś oryginalnego. Miałam obeznanie, więc zaczęłam działać sama. Później rozpoczęłam naukę w w Liceum Sztuk Plastycznych w Supraślu. Jako główny kierunek obrałam tkaninę artystyczną, a dodatkowo jeszcze snycerstwo. Już wtedy byłam zafascynowana cięciem i tkaninami. Podpatrywałam techniczne wykonywanie niektórych detali, które sama zaczęłam wykorzystywać. A kiedy zaczęła pani szyć dla innych? Na początku szyłam tylko dla siebie. W średniej szkole dziewczyny zaczęły jednak zamawiać u mnie różne rzeczy, niektóre przychodziły na drobne przeróbki. Bywało, że byłam tak zajęta szyciem, że dyktowane przeze mnie wypracowania z języka polskiego pisali mi koledzy. Musiałam mieć wolne ręce do pracy. Ta pasja jeszcze bardziej rozwinęła się podczas studiów. Nasz kierunek (projektantka studiowała malarstwo oraz ceramikę w Toruniu) współpracował z toruńskim Teatrem Dramatycznym. Podpatrywałam przygotowania strojów teatralnych, zafascynowały mnie stosowane tam łączenia tkanin, które sama zaczęłam wykorzystywać projektując dla innych. Wiele godzin spędziłam na dyskusjach z paniami garderobianymi, chciałam dowiedzieć się jak najwięcej. Kiedy przyszedł czas na pierwszy własny pokaz? Było to na III roku studiów w Piwnicy pod Aniołem w Toruniu. Zrobiłam pokaz performancowy, który stworzony był ku czci mojego mistrza - Paco Rabanne. Kolekcja, miała ludziom uzmysłowić problem braku zieleni i zaśmiecenia świata. Dla mnie, osoby wychowywanej w zieleni, trudno było odnaleźć się w mieście pełnym betonu i cegieł. Połączyłam zatem puszki i inne metalowe elementy z materiałami. Stworzone przeze mnie sukienki przypominały zbroję. Jaka była reakcja publiczności na tak ekstrawagancki projekt? Ludzie bardzo dobrze się przy tym bawili, ale nie wszyscy zrozumieli sens projektu. Jedna z dziennikarek przedstawiła ten pokaz w bardzo negatywnym świetle. Nie przejęłam się tym, to mnie jeszcze bardziej zmotywowało. Pani redaktor zrehabilitowała się jednak, przyznała do niezrozumienia tego performance'u, a nawet przeprosiła. Po miesiącu w tym samym miejscu zrobiłam kolejny pokaz, który zdobył uznanie w całym regionie kujawsko-pomorskim. Po tym pokazie pojawiły się pierwsze poważniejsze propozycje. Jest pani znana z projektów unikalnych, niejednokrotnie ekstrawaganckich. Który wywołał największe zaskoczenie? Kiedy zdawałam na studia, pojechałam na egzamin w swetrze zrobionym z 30 innych swetrów. Był to swoisty płaszcz stanowiący mozaikę szarości. Muszę przyznać, że wywarło to ogromne wrażenie, ponieważ włożyłam do tego białą koszulę z żabotami, wąskie skórzane spodnie oraz wojskowe buty. Podczas egzaminu profesor nie mógł skupić się na moich odpowiedziach, powiedział jedynie - wyglądasz jak pingwin. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, dla mnie było to normalne, że tak się ubieram. Teraz jednak trochę się uspokoiłam. Nie nakłada już pani ubrań wykonanych przez siebie? Staram się suwalczan nie szokować. Czasami mam jednak dość grzecznych rzeczy i wtedy zdarza mi się wyjść na ulicę we własnych kreacjach. A czy widzi pani inne kobiety w swoich strojach? Czasami widzę na ulicach panie, które śmiało chodzą w moich realizacjach. Przyznam, że to miłe uczucie. Która ze znanych osób jako pierwsza założyła ubranie, które pani zaprojektowała? Na V roku studiów zaprojektowałam marynarkę dla Krzysztofa Skiby. Wystąpił w niej jako prowadzący festiwal Yach Film Paszkiewicz. Teraz projektuje pani dla wielu osób. W jaki sposób pani do nich dociera? To oni docierają do mnie. Wszystko idzie drogą pantoflową, ktoś zobaczy zdjęcie lub projekt. Nie robię wokół siebie zamieszania, nie ogłaszam się. Jeśli ktoś poszukuje, na pewno znajdzie. Ja robię swoje, czasami chwalę się tym na pokazach, lub w galeriach, czasem swoje projekty trzymam tylko w domu. A jak przebiega proces tworzenia? Wszystko zaczyna się w głowie. Czasami wystarczy impuls. Kiedy widzę jakiś materiał wiem, jak go wykorzystam. Zdarza się, że kupuję gotowy produkt, niejednokrotnie bardzo drogi, który następnie tnę i przerabiam po swojemu. Tworzę całościowo - szkic w głowie, dobór tkanin i sposób, w jaki ma to być stworzone. Owszem, mam teczki ze szkicami, czasami zrobię coś na komputerze, ale głównie jest to po prostu idea. Upodobała pani sobie czerń, to ona dominuje w projektach, dlaczego? Najlepiej czuję się w czerni. To ona najbardziej na mnie wpływa. Czerń pochłania wszystkie kolory, jest klasyczna. Bawię się czernią poprzez struktury, często przełamuję ją jakimś innym kolorem. A w jakich tkaninach pani najbardziej gustuje? Obecnie wychodzę z łączenia skór i swetrów. Staram się jednak umiejętnie połączyć wszelkie możliwe materiały. Zdarzają się połączenia skóry z jedwabiem czy koronki ze sztruksem, zawsze oddana będę także wełnom i lnom. Czy są jacyś projektanci, polscy lub światowi, którzy panią inspirują? Jest to Jean Paul Gaultier i Paco Rabanne, czyli projektanci, którzy są bardzo ściśle związani z filmem. Tak oryginalne i niestandardowe projekty wzbudzają zapewne różne opinie. Zdarza się, że słyszy pani krytykę? Ludzie nie mówią mi tego wprost, ale wiem, że za plecami krytykują. Nie przejmuję się jednak takimi opiniami. Częściej są to jednak słowa uznania? Ostatnio, kiedy wychodziłam z metra w Warszawie zaczepiło mnie dwoje młodych ludzi. Zainteresowali się tym, w czym byłam ubrana. A miałam wówczas na sobie sukienkę mojego projektu wykonaną z ekologicznej skóry połączonej z czarnym jeansem, dzianiną i skórzanymi pasami. Do tego włożyłam buty przeznaczone do jazdy na motorze. Ci ludzie myśleli, że wracam z jakiegoś pokazu albo imprezy. Wzięli ode mnie numer telefonu, byli zainteresowani tym abym przygotowała im coś do ślubu. To było bardzo miłe. A propos ślubu - zdecydowała się pani wziąć udział w I edycji Targów Ślubnych, co skłoniło panią do uczestnictwa w tym wydarzeniu? Projektowałam już suknie ślubne na indywidualne potrzeby, tak więc temat nie jest mi obcy. Jako że pochodzę z Suwalszczyzny i tu są moje korzenie, postanowiłam pokazać suwalczanom tę stronę mojego projektowania. Kolekcja jest prosta, ale z bardzo wyrazistymi dodatkami. To one stanowią clou kolekcji. Nie są to akcesoria, które można spotkać w sklepie. Wszystkie wykonywane są ręcznie. Myśli pani, że suwalczanki będą zainteresowane taką kolekcją? Znam takie, które będą (śmiech). Były panny młode, które występowały w moich projektach. Nie robię ogromnej awangardy, staram się dopasować do osoby, dla której tworzę. Mój projekt zawsze zaczyna się od rozmowy. O czym wówczas pani rozmawia? Osoby, które mnie nie znają i trafiają do mnie po raz pierwszy, mają wrażenie, że rozmawiam o czymś zupełnie innym niż projekt. A ja po prostu badam teren, chcę poznać daną osobę. To mi ułatwia pracę, muszę wiedzieć, co będzie najlepiej do niej pasowało. Zawsze to są trafione projekty? Nie zawsze jestem w stanie dobrze odebrać to, co chce przekazać mi druga osoba. Ważna jest jednak otwartość i chęć porozumienia. Jeśli coś idzie nie tak i odbiorca mówi mi, że źle się czuje w danym projekcie, zmieniamy go. Tak się najczęściej zdarza, kiedy klient narzuca mi z góry określony materiał. Ale nawet jeśli czuję, że coś może się nie udać, próbuję sprostać oczekiwaniom drugiej strony. Projekt, który jest nietrafiony trafia do kosza, a ja najczęściej wyjmuje wtedy przysłowiowego asa z rękawa. Zdarza się, że odmawia pani realizacji projektu? Tak, szczególnie jeśli nie ma nici porozumienia. Nigdy nie sugeruję się gustem drugiej osoby czy tym jak mnie traktuje. Jeśli jednak zauważam, że nie uda nam się dojść do konsensusu lub daną rzecz, którą miałabym wykonać można kupić w sklepie - odmawiam. Jest to także z mojej strony dbałość o nazwisko i ochrona siebie. Ile czasu potrzeba na całkowite zrealizowanie projektu? To zależy od tego, ile czasu daje mi klient. Czasami jest to jeden dzień, a czasami miesiąc. Zdarzało się zatem wykonać projekt wraz z uszyciem w przeciągu jednego dnia? Dwa razy tak mi się zdarzyło. Raz była to suknia ślubna, sytuacja całkowicie podbramkowa. Dotarła do mnie pani z Warszawy, która stanęła w moich drzwiach prosząc o pomoc. Przyjechała z suknią ślubną na bazie żupanu, którą musiałyśmy poprawić. Siedziałyśmy w pracowni całą noc, ale suknię udało się uratować. Poszłyśmy w prostotę, która została uzupełniona dodatkami. Przyznaję, że to było istne wariactwo. Co więcej, oprócz projektantki musiałam także pełnić rolę psychologa. Zrozpaczona kobieta płakała całą noc. Czy projektowanie to jedyny pani sposób na życie, czy są też inne pomysły? Moda jest mi bardzo bliska, ale od wielu lat zajmuję się też projektowaniem wnętrz. Zabawa z designem wnętrzarskim to także wydobywanie osobowości klienta. Dom bowiem to nie tylko ściany i mieszkający w nim ludzie, ale także klimat. Bawię się meblami, nadaję im nowego ducha, stare meble zestawiam z nowoczesnymi. Zajęła się pani także metamorfozą restauracji Rozmarino. Co się zmieni? Zostałam poproszona o wsparcie w reaktywacji tego miejsca. Trwa gruntowny remont wszystkich sal i Ogrodu Letniego, następuje przeprojektowanie pewnych niuansów, których zdradzić nie mogę. Być może zmieni się także nazwa restauracji. Dodam także, że odświeżone zostaną wszystkie meble, restauracja zmieni także barwy. Na czas remontu, w sali od ulicy Kościuszki na 3 tygodnie zawitał PRL. Czego dokładnie możemy się zatem spodziewać? Szczegółów zdradzać nie mogę. Mogę jednak powiedzieć, że uspokajamy klimat Rozmarino, rezygnujemy z charakterystyczny mocnych kolorów na rzecz luźnej klasyki. Zagości natura i szlachetny spokój. Stawiamy nacisk na smaki, zapachy i ludzi. Efekty zobaczymy już za 3 tygodnie. Bardzo dziękuję za rozmowę i oczywiście życzę dalszych sukcesów.


adres tego artykułu: http://www.suwalki.info/articles.php?id=356