http://www.suwalki.info

:: Jak racjonalnie wydawać publiczne pieniądze – głos w dyskusji
Artykuł dodany przez: iva (2010-03-16 16:49:33)

Oszczędzanie w obecnych trudnych czasach stało się koniecznością zarówno dla obywateli, jak i władz publicznych każdego szczebla. Nie może być to jednak zachowanie przesadne tylko dla samej zasady oszczędzania, lecz racjonalne - wynikające z naszych możliwości pozyskiwania środków finansowych i redukcji wydatków bez uszczerbku dla rozwoju. Gwałtowna redukcja szeroko rozumianej konsumpcji przekłada się na spowolnienie w obszarze produkcji i usług, co powraca w sprzężeniu zwrotnym w postaci mniejszej podaży środków finansowych, które konsumenci pozyskują na rynku pracy. Tymi procesami kieruje wiele instytucji, w tym ta najważniejsza, jaką jest budżet państwa. Gdy Polacy widzą nie racjonalne, a niemalże paniczne cięcia budżetowe rządu, to niejako odruchowo ulegają tej psychozie rozpętanej przez rząd niby w trosce o finanse państwa. Wszyscy czujemy, iż w tle tych decyzji przewijają się cienie sondażowych notowań. Jest oczywiste, że należy działać szybko, co nie oznacza mało roztropnie, by nie powiedzieć - bezmyślnie. W kilka miesięcy po rządowej operacji szukania cięć w poszczególnych resortach już dzisiaj widzimy, jakie spustoszenie uczynione zostało np. w przemyśle zbrojeniowym i w sferze bezpieczeństwa z nasilającymi się jednostkowymi katastrofami i tragediami. Do tego dochodzą błyskotliwe fajerwerki typu oszczędności na dotacjach dla partii politycznych, których wartość w stosunku do budżetu nie przekracza 0,2 promila, czyli nie grozi utratą licencji na kierowanie pojazdem Rzeczypospolitej. Tymczasem rządowe agencje, gabinety polityczne i inne patologie mają się w najlepsze, a radość z jednego okienka zdaje się być jedynym panaceum na kryzys lub jak kto woli - ostrą recesję. Ostatnio GUS podał zatrważające dane odnośnie czasu, jaki obywatele spędzają na zwolnieniach lekarskich – średnio 23 dni robocze, co budżet państwa kosztuje dziewięć miliardów rocznie. Skala zjawiska jest zatrważająca - na naszych oczach w majestacie źle skonstruowanego prawa trwonione są gigantyczne pieniądze publiczne, pieniądze pochodzące z naszych składek. Wszelkie próby administracyjnego uszczelnienia systemu są bardzo kosztowne, a efekty żadne. Nawyk radzenia sobie w każdej sytuacji, przeniesiony z epoki późnego PRL-u, kiedy chłoporobotnik na zwolnieniu pomógł rodzinie przy żniwach i wykopkach, a fachowiec na L4 zrobił fuchę u sąsiada, pokutuje do dzisiaj i zdaje się nie ma takiej siły, która byłaby w stanie ten proceder skutecznie przerwać. Rozwiązanie wydaje się być bardzo proste, przez co samo w sobie skuteczne – by przerwać zwolnienia na kichanie, katar, drobny kaszelek, stany podgorączkowe i złe samopoczucie następnego dnia po imieninach, urodzinach i wszelkich innych imprezach, wystarczy wprowadzić każdemu uprawnionemu do korzystania ze zwolnień lekarskich pięć dni płatnego (80%) wolnego do wykorzystania w roku kalendarzowym. Jeżeli pracownik nie wykorzystałby tych dni w danym roku, to przeszłyby one na rok następny. Takiej regulacji prawnej towarzyszyłaby druga regulacja polegająca na tym, że chorobowe płatne byłoby dopiero od trzydziestego dnia zwolnienia lekarskiego w sposób następujący: od 30 do 45 dnia płaci pracodawca, powyżej 45 dnia płaci ZUS. Jakie byłyby korzyści z tego płynące: 1) Zyskałby ZUS, którego środki finansowe pochodzą ze składek wszystkich obywateli, gdyż świadczeniobiorca nie szedłby do lekarza z najdrobniejszą dolegliwością - nawet grypę w ciągu tygodnia można wyleżeć w łóżku, a to oznaczałoby jednorazowe wykorzystanie pięciu dni wolnych. Mniej wizyt u lekarzy rodzinnych, to mniej refundowanych leków, które w domowych apteczkach zalegają w ilościach wartych miliardy złotych. Dzisiaj ZUS płaci od trzydziestego dnia zwolnienia, po zmianie od 45 dnia zyskujemy 15 dni. 2) Zyskaliby pracodawcy, a szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa, dla których roczny koszt opłaty za dni nieprodukcyjne skróciłby się z 30 dni do 20 dni. Ich odpowiedzialność za zwolnienia lekarskie zaczynałaby się po trzydziestu dniach i trwałaby przez okres piętnastu dni, a nie jak dotychczas przez pierwsze trzydzieści dni. Tym samym odpowiedzialność materialna ZUS-u zaczynałby się po 45 dniu zwolnienia. 3) Ewidentną korzyść odnieśliby uczciwi świadczeniobiorcy, którzy nie nadużywają zwolnień lekarskich. Po pięciu latach mieliby na koncie 25 płatnych wolnych dni, co pozwala czuć się bezpiecznie na wypadek dłuższej choroby. Oczywiście powinna obowiązywać zasada dowolnego dysponowania kapitałem dni wolnych do przekazania innemu pracownikowi włącznie – tworzyłoby to warunki do powstawania samopomocowych więzi na poziomie pracowniczym. Takie rozwiązanie umożliwiające przekazanie urlopu koledze z pracy funkcjonuje w prawie amerykańskim i się sprawdza. 4) Zaoszczędzone publiczne pieniądze - sądzę, że znacznie przekroczyłyby kwotę 10 miliardów złotych - pozwoliłyby uruchomić programy badań przesiewowych dla poszczególnych grup ryzyk zachorowań np. cytologie dla kobiet, badanie prostaty dla mężczyzn, badanie jelita grubego, cała gama szczepień ochronnych – to, co dla profilaktyki zdrowia populacji Polaków jest bardzo ważne. Wprowadzenie tych profilaktycznych programów pozwoliłoby zaoszczędzić następne miliardy złotych, jakie państwo, czyli my – podatnicy, ponosimy na leczenie zbyt późno wykrytych chorób, zwłaszcza nowotworowych. Nie jestem specjalistą, ale wystarczy wejść na strony internetowy dotyczące badań przesiewowych, aby uświadomić sobie, jaka przepaść dzieli nas od Europy w zakresie diagnostyki, skuteczności leczenia w kontekście wczesnej wykrywalności. Dzięki takiej profilaktyce zmniejszy się lista rencistów, dłużej będziemy pozostawać aktywni zawodowo, a tym samym będziemy odprowadzać składki do FUZ, z których finansujemy cały segment solidarnych świadczeń społecznych. 5) Gdyby z zaoszczędzonych, publicznych pieniędzy sfinansowano obowiązkowe programy badań przesiewowych - to znaczny strumień środków finansowych trafiłby do publicznej służby zdrowia – drogi, specjalistyczny sprzęt diagnostyczny pracowałby na dwie zmiany, spadłaby jednostkowa cena usług diagnostycznych, my - pacjenci poczulibyśmy się bezpieczniej, bo nasze szanse na wyleczenie przy wczesnym wykryciu wzrosłyby wielokrotnie. Społeczny wymiar takiego działania jest ogromny – mniej ludzkich tragedii, które kaleczą rodzinę przedwcześnie, a Polskę okradają z ludzi zawodowo najcenniejszych - u szczytu ich zawodowych możliwości. Czy w dobrze pojętym interesie ogromnej większości uczciwych obywateli nie warto pokusić się o taką regulację prawną, kładąc na szali dobro wspólne przeciw cwaniakom. Jest oczywiste, że pojawi się tzw. opór materii w postaci działaczy związkowych, którzy reprezentują raptem dwa miliony zatrudnionych, ale proszę spytać ponad trzy miliony prowadzących własną działalność gospodarczą, którzy nie są w świetle prawa pracy pracownikami, a pracują dwa razy więcej - tworzą miejsca pracy i nie korzystają ze zwolnień lekarskich w błahych sprawach. Ja sam jestem tego przykładem, przez dziewięć lat nie byłem na zwolnieniu, ktoś inny statystyczne 23 dni w roku „wychorował” za mnie. Gdyby obowiązywała reguła pięciu wolnych dni, miałbym ich 45 - jako zabezpieczenie na czas choroby. Zapytajmy obywateli, czy byliby skłonni przyjąć taką regulacją w zamian za wczesną diagnostykę i szybkie skuteczne leczenie chorób nowotworowych, jak to ma miejsce w starej Europie. Zapytajmy specjalistów z centrów onkologicznych – wywołajmy taką debatę i niech fachowcy podstawią pod to liczby, niech przeprowadzą symulacje korzyści, przyjmując do obliczeń dane z krajów, w których badania przesiewowe są normą. Niemalże codziennie jesteśmy bombardowani informacjami kolejnymi pomysłami NFZ, które odbierają nadzieję ludziom chorym na nowotwory, przykutym do łóżka, wymagającym długotrwałej opieki. Te wszystkie „pomysły” uderzają w ludzi starszych, walczących o życie, a często już tylko o godne odejście. Solidarność z tymi ludźmi jest nakazem naszych sumień i nie wymaga ona powiększania budżetowej dziury, a tylko innego sposobu wydatkowania wpłacanych przez nas pieniędzy – to niewielkie wyrzeczenie zdrowych, to SOLIDARNOŚĆ pokoleniowa. Działać trzeba szybko i w pełnym porozumieniu parlamentarno-obywatelskim, nie bacząc na trwającą kampanię wyborczą, wykorzystując te ogromne długofalowe źródło oszczędności, zanim sytuacja źle skonstruowanego budżetu przymusi do działań tłamszących bodźce wzrostu gospodarczego - w postaci nowych składek, wzrostu podatków i innych obciążeń po stronie kosztów produkcji. Szkoda, że zauroczony irlandzkim cudem premier nie śledzi recepty, jaką na Zielonej Wyspie już zastosowano w walce z kryzysem – nieśmiało podpowiem, iż zmniejszono podatki firmom, podniesiono obywatelom, nałożono ekstra podatek na sms-y, nie wspominając o wspieraniu innowacyjnej gospodarki. Nie wprowadzą takiej zmiany ci, którym widmo sondaży i nieustających wyborów przysłania problemy rzeczywiste uczciwych obywateli, problemy możliwe do rozwiązania drogą racjonalnego wydawania pieniędzy publicznych. Rzecz przecież nie w zabieraniu, bo w sposób ewidentny skorzystamy wszyscy, ale w racjonalnym wydawanie środków publicznych, w sytuacji ich ciągłego braku. Obywatele płacący składką zdrowotną mają prawo w debacie publicznej wyrazić swoją opinię co do sposobu wydatkowania ich składkowych pieniędzy i wskazania, co dla nich jest ważniejsze: profilaktyka, gwarancja leczenia na przyzwoitym europejskim poziomie - bez ponad rocznych kolejek do specjalistów, czy płatne drobne zwolnienia lekarskie. Warto zapoczątkować niewątpliwie trudną, ale konieczna debatą w tej sprawie – czyli wsadzić przysłowiowy kij w mrowisko – unikanie tematów trudnych to droga w otchłań cierpienia ludzi wykluczonych. Formacjom parlamentarnym trudno podjąć taki temat, bo istnieje niebezpieczeństwo spadku poparcia i przyklejenia łatki – tych, co chcieli zabrać ludowi pracującemu miast i wsi zwolnienia lekarskie. Znacznie łatwiej serwować igrzyska związane z wyjazdem na szczyt do Brukseli lub debatować, w jakiej klasie ma lecieć płaszcz żony. Kongresy i debaty kandydatów na kandydatów nic tu nie wnoszą, ponieważ wszystkie trudne tematy są odsuwane, a „gadające głowy” obrzucają się obelgami, wszędzie sączy się jad i nienawiść. Nikt nie chce być ojcem trudnego społecznie projektu, więc może wzorem ustaw amerykańskich nazwiemy go nazwiskiem autora - na niego spadnie całe odium krytyki, ewentualne niezadowolenie niektórych grup społecznych. Autor wielkodusznie zrezygnuje z przysługującego mu honorarium od wniosku racjonalizatorskiego. Po jego wprowadzeniu największym beneficjentem będzie Polska, co dla autora będzie wystarczająco słodką nagrodą. Autor: Stefan Rembelski


adres tego artykułu: http://www.suwalki.info/articles.php?id=172