http://www.suwalki.info

:: Wywiad z posłem Jarosławem Zielińskim
Artykuł dodany przez: luki (2009-12-07 12:43:35)

Jakie miejsca na Suwalszczyźnie darzy Pan szczególnym sentymentem? Suwałki są moim miastem i dlatego są mi szczególnie bliskie. Ale wszyscy wiemy, że nie należą one do miast najpiękniejszych i najlepiej zagospodarowanych, Suwałkom brakuje odpowiedniego racjonalnego ładu przestrzennego. Nasze miasto przez długi czas nie miało i nadal nie ma dobrego gospodarza. Szkoda. Straty z tego tytułu powoli stają się nieodwracalne. Na Suwalszczyźnie pięknych miejsc jest dużo. Piękne jest Jezioro Wigry i Półwysep Wigierski – szczególnie cenne ze względów przyrodniczych, ale także religijnych i architektonicznych. Lubię widokówkowe Smolniki oraz małe zagubione w lasach jeziorka. Suwalszczyznę znam dobrze i każde miejsce jest tu na swój sposób piękne, każde też jest mi w jakiś sposób bliskie. Pozostaję też pod urokiem Pojezierza i Puszczy Augustowskiej. Tak pięknych, zróżnicowanych dziewiczych terenów jest już w Polsce niewiele. Gdzie indziej są tereny albo płaskie, albo pagórkowate czy górzyste, z przewagą lasów, pól uprawnych albo jezior. U nas to wszystko jest połączone, my to wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Dlatego urlop, jeśli już uda się latem wygospodarować kilka wolniejszych dni, najchętniej spędzam na Suwalszczyźnie. Jak często udaje się Panu bywać w Suwałkach? Często, częściej niż gdzie indziej. W Suwałkach mieszkam, tu jest moja rodzina. W tygodniach, w których odbywają się obrady Sejmu muszę być w Warszawie, uczestniczyć w pracach Wysokiej Izby, komisji sejmowych, pracować nad ustawami, brać udział w głosowaniach, być dostępnym dla dziennikarzy mediów centralnych, uczestniczyć w konferencjach prasowych. W tygodniach, gdy Sejm nie obraduje, zwykle jestem w okręgu wyborczym, którym jest Województwo Podlaskie. Gdy pełniłem funkcje rządowe czy funkcję Sekretarza Generalnego Prawa i Sprawiedliwości, większość czasu musiałem spędzać w Warszawie. Teraz częściej mogę być na Podlasiu i w Suwałkach. Stałym dniem dyżurów poselskich, zgodnie z utrwaloną tradycją, są poniedziałki. W tym dniu posłowie są w swoich okręgach wyborczych, w poniedziałki nie organizuje się posiedzeń Sejmu ani komisji sejmowych. Prowadzę cztery biura poselskie: w Suwałkach, Białymstoku, Augustowie i Sejnach. Najczęściej jestem w swoim suwalskim biurze, to jest moje biuro podstawowe. Oprócz poniedziałków bywam w nim także w miarę możliwości w inne dni, a często i w soboty. Przyjmuję interesantów, prowadzę spotkania, przygotowuję wystąpienia poselskie, odpowiadam na korespondencję. Mimo regularnej pracy, wciąż odczuwam niedosyt czasu, aby ze wszystkimi się spotkać, wszystko załatwić. Czy otrzymuje Pan wiele próśb i zapytań od suwalczan? Z jakimi problemami zwracają się do Pana mieszkańcy naszego miasta i regionu? Do moich biur przychodzi bardzo wielu ludzi. Problemy, z jakimi zwracają się mieszkańcy dotyczą różnorodnych dziedzin życia społecznego. Miałem liczne interwencje związane z problemami spowodowanymi upadłością zakładów pracy. Taką sprawą, która ciągnęła się długo i ma dalej swoje konsekwencje, była upadłość Suwalskiej Spółdzielni Niewidomych. Kiedy to przedsiębiorstwo upadło, okazało się, że zabrakło środków finansowych, aby wypłacić ludziom - w przeważającej większości niepełnosprawnym – należne wynagrodzenia. Syndyk tak sprzedał majątek, że nie wystarczyło pieniędzy na wypłatę należności dla pracowników. Zgłaszałem ten problem wielu organom, jednak nie dopatrzyły się one większych nieprawidłowości. Gołym okiem było widać, iż nie wszystko było prowadzone w sposób rzetelny. Przepisy są tak skonstruowane, że jeżeli syndyk sprzedaje masę upadłościową, to zobowiązania spłaca się według określonej kolejności. Niestety zobowiązania wobec pracowników w tych przepisach nie znajdują się na początku, a na końcu. Najpierw są spłacane zobowiązania wobec wszystkich instytucji państwowych, wobec ludzi później. Te należności po dziś dzień nie są uregulowane. Szukaliśmy różnych sposobów, by to sprawiedliwie załatwić, występowałem do ministra pracy, do PFRON-u, był to przecież zakład pracy chronionej. Okazało się, że nie ma instytucji w Polsce i nie ma przepisów, które by takie sytuacje skutecznie rozstrzygały. Do dzisiaj byli pracownicy Suwalskiej Spółdzielni Niewidomych oczekują, że w ramach jakiejś elementarnej zasady sprawiedliwości społecznej ktoś w końcu te należności ureguluje i wypłaci im zarobione przez nich pieniądze. Jest też masa spraw indywidualnych. Najczęściej powtarzającym się problemem w Suwałkach jest brak mieszkań i fatalne warunki mieszkaniowe w lokalach komunalnych. Znaczna część mieszkańców Suwałk nie ma własnych mieszkań, część z nich to osoby o tak niskich dochodach, a zdarzają się i ludzie bez żadnych dochodów, że nie stać ich na to, aby wynająć mieszkanie na rynku. Oczekują więc pomocy od władz miasta, oczekują przydziału mieszkania komunalnego o takich warunkach, w których mogliby godnie żyć. To są z reguły ludzie skromni, oni nie żądają zbyt dużo - proszą, żeby miasto z zasobów komunalnych przyznało im mieszkania dostosowane do wielkości rodziny, z opłatami, które byliby w stanie uiszczać. Ludzie ci są często bezrobotni, żyją z zasiłków bądź zarabiają niewiele. Są najczęściej odsyłani z kwitkiem przez Zarząd Budynków Mieszkalnych i prezydenta. Niejednokrotnie w ich imieniu występowałem do prezydenta Suwałk lub ZBM, ale najczęściej spotykałem się z odmową i takim argumentem, że zasób mieszkaniowy jest niewystarczający i miasto nie jest w stanie przyznać tych lokali. Z drugiej jednak strony obserwuję praktykę i politykę mieszkaniową miasta i dziwię się, iż lokale komunalne są przyznawane ludziom, którym się one w sposób oczywisty nie należą, bo nie są oni ani biedni, ani w sposób szczególny niezbędni miastu. Wystarczy przypomnieć jako przykład sprawę przydziału mieszkania w nowym bloku komunalnym niejakiemu panu Pawłowi Szuszczyńskiemu. Była to sprawa bulwersująca i skandaliczna, za którą odpowiedzialny jest prezydent Suwałk. Nadzór nad takimi działaniami powinien należeć do dobrze funkcjonującej Rady Miejskiej, gdyby radni podejmowali decyzje zgodnie z interesem publicznym, a nie pod dyktando polityczne. Niestety dochodzi do takich sytuacji, jak ostatnio, gdy radna – wcale przecież nie należąca do ubogich, chciała kupić lokal komunalny ze zniżką. Gdyby prasa tego nie odkryła, to by się tak stało. Niektórzy nie dostrzegali w tym problemu - uważali, że skoro przepisy na to pozwalają, to radna może mieszkanie kupić. A jest przecież kwestia odpowiedzialności moralnej i powinny być bezwzględne konsekwencje wyborcze wobec ludzi, którzy uprawiają prywatę. Takich osób nigdy nie należy wybierać do żadnych funkcji publicznych. Inne sprawy dotyczą relacji pomiędzy obywatelami a szeroko pojętą sferą władzy – zarówno władzy administracyjnej, jak i wymiaru sprawiedliwości. Są sprawy zadawnione – roszczenia majątkowe, spory i konflikty sąsiedzkie, błędne i niesprawiedliwe decyzje różnych organów władzy państwowej. Obywatele nie mogą dojść swoich spraw ze względu na to, że niektóre instytucje państwowe funkcjonują w sposób wadliwy, a nawet patologiczny. Niektóre sprawy ciągną się latami, najdłuższa, z jaką się spotkałem trwa już od ponad 30 lat. Niektórzy myślą, że skoro ani sąd, ani prokuratura, ani policja, ani urząd wojewody, ani samorząd nie rozstrzygnęły spornej kwestii, to rozstrzygnie ją poseł. Poseł nie ma jednak takich instrumentów. Jako poseł mogę występować do różnych instytucji z interwencjami i czynię to, gdy zachodzi taka potrzeba, ale to wcale nie daje gwarancji, że instytucje te daną sprawę nareszcie załatwią w sposób szybki i prawidłowy, choć trzeba przyznać, że interwencja poselska wpływa mobilizująco na urzędników różnych szczebli. Po głębszej analizie tych problemów widać, ile - pomimo upływu 20 lat, gdy funkcjonuje demokratyczne państwo prawa - jest jeszcze narosłych przyzwyczajeń, nieprawidłowości, a nawet patologii. Pewne nawyki są tak silnie zakorzenione w przeszłości, że obywatel wciąż staje przed instytucjami państwa zupełnie bezsilny i bezradny. Często ma rację, a nic nie może zrobić. Ja zawsze staję po stronie tych ludzi i staram się skłonić instytucje publiczne do takich działań, w których słuszny interes obywateli znajduje należne miejsce. Wiele osób przychodzi do mnie z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy. Biur poselskich nie można zamieniać w biura pośrednictwa pracy, nie jestem więc w stanie skutecznie tymi oczekiwaniami się zająć. Czasem tylko mogę komuś poradzić, jak ma postępować na trudnym rynku pracy. Czy ludzie zgłaszają się do Pana z problemami nietypowymi lub wydumanymi? Oczywiście, że się zgłaszają. Czasem przynoszą nawet długie listy problemów spisane na kartce. W miarę możliwości trzeba i z takimi osobami porozmawiać. Zdarzały się przypadki, że osoby, które nie mając większego rozeznania w szerszych sprawach, proponowały głębokie reformy Unii Europejskiej, NATO, nie mówiąc już o polskich problemach – o reformie edukacji, zdrowia czy wymiaru sprawiedliwości. Z każdej jednak takiej rozmowy coś wynoszę. Kontakty z ludźmi w swojej działalności poselskiej cenię dużo bardziej niż kontakty z dokumentami. Ta kategoria interesantów, o której wspominam, jest kategorią w pewnym sensie powtarzalną. To pewna grupa ludzi, którzy są przekonani, że świat jest zły, a oni mają receptę na jego uzdrowienie - mniej lub bardziej wartościową, mniej lub bardziej realistyczną. Jak już powiedziałem, z każdej takiej rozmowy wyciągam jednak wnioski i z tego powodu jestem tym ludziom wdzięczny. Reprezentuje Pan nasz region, nasze miasto. Co uważa Pan za swój największy sukces w działalności poselskiej? Często można spotkać się z zarzutem, że nie widać efektów Pana działań. Taką propagandę uprawiają moi polityczni przeciwnicy, a czynią tak dlatego, że dobrze wiedzą, iż jestem aktywnym posłem, a to jest im bardzo nie na rękę, więc usiłują mnie zdyskredytować. Podstawową rolą dobrego posła jest reprezentowanie interesu wspólnego, uchwalanie dobrych ustaw, aktywna praca w komisjach i prowadzenie skutecznej działalności poselskiej w okręgu wyborczym. Poseł nie może zastępować i wyręczać wójta, burmistrza, prezydenta czy radnego. Niektórzy tego nie rozumieją i uważają, że jeśli coś w ich gminie lub mieście nie jest zrobione, to za to odpowiada Sejm, rząd albo poseł z danego terenu. Najczęściej odpowiada za to nie poseł i nie władza centralna, bo dana sprawa nie leży w jej kompetencjach, ale samorząd - prezydent, wójt, czy radni. Przykłady wielu miast potwierdzają jednak, że tam, gdzie jest dobra współpraca samorządu z posłami, osiąga się więcej. Z przykrością muszę powiedzieć, że suwalski samorząd, a szczególnie prezydent miasta unika rzetelnej i partnerskiej współpracy, a za to prowadzi ze mną regularną walkę polityczną. Mimo to zawsze wspieram działania, które służą naszemu miastu i regionowi. Udało się sporo dobrego zrobić, chociaż nie lubię się tym chwalić. Mieszkańcy sami to jakoś dostrzegają, o czym świadczą wyniki uzyskiwane przeze mnie w kolejnych wyborach. Tylko jeden raz byłem zmuszony zabrać głos w sprawie, która została w sposób celowy, niesprawiedliwy i obrzydliwie cyniczny przekręcona – myślę o budowie ulicy Reja. Krótko przypomnę historie tej sprawy. Miasto złożyło projekt do Programu Operacyjnego Rozwoju Polski Wschodniej. Wniosek opiewał na sporą kwotę - ponad 30 milionów złotych. Projekt został odesłany do korekty, ponieważ nie spełniał warunków tego programu. Po korekcie wciąż nie spełniał wymaganych warunków i został odrzucony. Była realna obawa, że przebudowy ulicy Reja nie będzie, bo Suwałki nie otrzymają pieniędzy z funduszy europejskich, a z własnych środków nie są w stanie tej inwestycji zrealizować. Podjąłem wtedy dość karkołomną próbę przeniesienia tego projektu do innego programu – Regionalnego Programu Operacyjnego. To było niełatwe zadanie i ze względu na procedury, i z uwagi na to, że wniosków prawidłowo złożonych było dużo. Uczyniłem to pomimo braku współpracy ze strony prezydenta Suwałk, mimo tego, że cały czas mówił on, że ja miastu nie pomagam, a wręcz przeszkadzam. To zresztą stały chwyt propagandowy suwalskiego ratusza, do którego przenieśli się dawni działacze PZPR z ich wcześniejszej siedziby przy ul. Noniewicza. Ten jeden raz, a było to w 2007 roku, postanowiłem wydać materiał informacyjny na ten temat. Wierzę, że ludzie prędzej czy później sami ocenią w sposób właściwy działania wszystkich osób publicznych. Prawda jednak czasem z trudem się przebija, zwłaszcza gdy przeciwnik uprawia zmasowaną i regularną propagandę i na dodatek za nią płaci. Dodajmy, że nie z własnej kieszeni, tylko z kieszeni podatników. Temat, o którym mówię jest tym bardziej aktualny, że ta ulica właśnie jest przebudowywana. Chciałbym, żeby mieszkańcy Suwałk wiedzieli, jak było naprawdę. Jest to jedna ze spraw, o których warto powiedzieć, gdy pyta Pani o to co jako poseł zrobiłem dla Suwałk. Pozwolę sobie przypomnieć jeszcze choćby kilka przykładów. Ustanowiliśmy jako Prawo i Sprawiedliwość specjalny program operacyjny Rozwój Polski Wschodniej. Dzisiaj z tego programu korzysta pięć województw, miedzy innymi województwo podlaskie, korzystają także Suwałki. Miałem w tym wraz z innymi posłami Prawa i Sprawiedliwości z naszego okręgu wyborczego cząstkę swojego udziału- warto przypomnieć, co mówiłem o tym w swoim programie wyborczym w 2005 roku. To duża sprawa i ona została zrealizowana. Od obecnych władz rządowych oraz samorządu województwa i miasta zależy, w jaki sposób stworzona szansa zostanie wykorzystana. W ostatnich latach zarówno w Sejmie, jak i w rządzie zajmowałem się w sposób szczególny sprawami bezpieczeństwa. Służby mundurowe w naszym regionie otrzymały w tym czasie wszystko, co było możliwe i dostępne zarówno w sferze działań bieżących, jak i w ramach programu ich modernizacji. Nie chcę wymieniać szczegółów dotyczących inwestycji, remontów czy zakupów sprzętu – można o to zapytać strażaków, policjantów i funkcjonariuszy Straży Granicznej. Skutecznie wsparłem starania o uzyskanie środków finansowych na budowę dwóch suwalskich boisk sportowych (w skali województwa obiektów takich potrafiłbym wskazać kilkanaście) , tj. boiska przy Gimnazjum nr 1 w Suwałkach i boiska na Osiedlu Kamena. Gdzie indziej miano mi za złe, że za mocno wspieram Suwałki, a w Suwałkach nawet nie zaproszono mnie na otwarcie tych boisk. W takich warunkach przyszło działać. Radość sprawia mi, że udało się przezwyciężyć trudności i zdobyć odpowiednie środki, by mogło powstać Muzeum Wigier. Dyrektor Wigierskiego Parku Narodowego wie dobrze, jakie bariery musieliśmy pokonać. Swoją szansę otrzymały zabytkowe obiekty za Półwyspie Wigierskim. Uczestniczyłem w działaniach, które doprowadziły do przyznania Domowi Pracy Twórczej w Wigrach funduszy europejskich. To oczywiście tylko początek, wiele jeszcze w tej sprawie trzeba zrobić. Udało się też wesprzeć suwalskie kościoły, w tym suwalskie, funduszami centralnymi przeznaczonymi na remonty zabytkowych obiektów sakralnych. Udzielałem poselskiej pomocy suwalskim instytucjom zabiegającym w Warszawie o środki finansowe na ich rozwój , a zwłaszcza na remonty i inwestycje. Dotyczyło to np. Państwowej Szkoły Muzycznej. Miałem swój udział w przezwyciężeniu niezwykle ciężkiej, kryzysowej sytuacji suwalskiego szpitala, w jakiej znalazł się on w 2007 roku. Moja interwencja spowodowała także, że resort obrony narodowej odstąpił w tamtym czasie od zamiaru wyprowadzenia z Suwałk 14. Suwalskiego Pułku Artylerii Przeciwpancernej. Wielu nie wierzyło wówczas, a należeli do nich również wojskowi, że podpisaną już decyzję można zmienić. Okazało się, że można. Teraz za rządów Platformy Obywatelskiej groźba likwidacji Pułku wróciła, ale tym razem jako poseł opozycji, mimo podjętych prób, nie jestem w stanie tej sytuacji zmienić. Jakie inwestycje zrealizowane na przestrzeni ostatnich lat w Suwałkach uważa Pan za najważniejsze? Jakie pozytywne i negatywne zmiany zauważa Pan w naszym mieście? Gdy się patrzy powierzchownie, z zewnątrz – na ulice i obiekty, to można powiedzieć, że w Suwałkach sporo jest inwestycji i że miasto zmienia wygląd. Trzeba jednak zastanowić się nad priorytetami. Trudno mi zaakceptować taki kierunek działań, w którym najważniejsze miejsce zajmują budynki, a nie ludzie. Nie zgadzam się z kierunkiem rozwoju miasta. To prawda, są nowe chodniki, powstają nowe sklepy. Jednak ja zawsze zadaję takie pytanie: jak to służy ludziom? Jak to służy mieszkańcom Suwałk? Jak to służy temu, żeby młodzież zostawała w naszym mieście? Utworzenie w środku miasta prawie 10 „Biedronek” spowodowało zanik miejscowego małego i średniego handlu. Ileś rodzin żyło z tego handlu, oferowało ciekawe i zróżnicowane towary. Żeby te sklepy wielkopowierzchniowe były lokalizowane na obrzeżach miasta, jak to się powinno robić – to byłaby inna sytuacja, ale one są lokalizowane w takich miejscach, że obok nie mają szansy utrzymać się mniejsze sklepy rodzinne. Właścicielami tych dużych sklepów nie są suwalczanie, to są inwestorzy z zewnątrz, oni nie reinwestują w Suwałkach swoich zysków, lecz je stąd wyprowadzają. To jest taki rodzaj kolonializmu, który źle służy mieszkańcom miasta. Nie można ponadto zamieniać szkół na „Biedronki”, a tak się niestety w Suwałkach dzieje (likwidacja Szkoły Podstawowej nr 8). Gdy liczba dzieci w klasie jest duża, trudno dobrze uczyć i wychowywać. Kolejny związany z tym problem dotyczy tego, kto w Suwałkach wygrywa przetargi na duże inwestycje. Zasadą się staje, że przetargi wygrywają firmy zewnętrzne. Właściciele tych firm również nie będą płacić tu podatków, nie wesprą suwalskich przedsięwzięć charytatywnych, nie pomogą ubogim, nie dadzą na tacę w kościele. To są ludzie, którzy tu zarobią i z tymi pieniędzmi wyjadą. Należy postawić pytanie, jaki interes ma w tym prezydent miasta. Pytanie to stawiają coraz głośniej suwalscy przedsiębiorcy. Nie ma w Suwałkach polityki społecznej – dostrzec można co najwyżej pewną politykę inwestycyjną. Warto zastanowić się nad tym, czy realizowane inwestycje podniosą standard życia mieszkańców i czy będą zaspokajały ich najpilniejsze potrzeby. Moim zdaniem nie - suwalski problem polega na tym, że w mieście nie przybywa miejsc pracy. Średnia dochodów na jednego mieszkańca jest niska, niższa nawet niż np. w ponad dwukrotnie mniejszym Augustowie. Ktoś może powiedzieć, że Augustów jest miastem turystycznym – owszem, ale tylko w krótkim sezonie. Nie ma w Suwałkach dużych zakładów pracy - oprócz tych zlokalizowanych w Specjalnej Suwalskiej Strefie Ekonomicznej, ale tam wyższą kadrę kierowniczą również stanowią na ogół osoby z zewnątrz, a właścicielami tych firm, którzy na nich zarabiają są przedsiębiorcy z innych miast albo z zagranicy. Mieszkańcy miasta są zatrudnieni na niższych stanowiskach – najczęściej robotniczych, czyli najmniej płatnych. Potrzeba nam ze strony samorządu lokalnego polityki stymulującej rozwój miasta. Warto byłoby więcej zainwestować w edukację dzieci i młodzieży, bo wsparcie edukacji młodego człowieka jest inwestycją najlepszą z możliwych. Dobrze wykształcony młody człowiek będzie sobie później lepiej radził w życiu zawodowym i społecznym. Apeluję do prezydenta i radnych, żeby skorygowali strategię rozwoju miasta pod kątem przesunięcia priorytetów z bazy materialnej na ludzi. Pytanie jest takie: czy te ogromne budowle będą dobrze służyły mieszkańcom naszego niewielkiego miasta? Czy wszystko inne mamy już załatwione? Czy nie ma już żadnych potrzeb w szkolnictwie, kulturze czy ochronie zdrowia? Od tego zależy głównie nasza przyszłość. Zaplanowane z przerostem inwestycje będą niedostępne dla wielu mieszkańców Suwałk, bo będą dla nich za drogie. Czego oprócz polityki prospołecznej brakuje Pana zdaniem w Suwałkach? Nie twierdzę, że wiem, co powinniśmy zrobić, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Tak dobrze nie jest. Trzeba jednak zadbać o ludzi - o ich miejsca pracy, o ich dochody, o dobrą naukę dla ich dzieci, o dobrą ochronę zdrowia, o kulturę. Na Zachodzie w miastach wielkości Suwałk funkcjonują nawet po dwa teatry. Teatr, który wrastałby w historię naszego miasta i rodził potrzebę korzystania z oferty kulturowej, powinien istnieć już od wielu lat - w tych warunkach, jakie są. Można wybudować ogromną i kosztowną salę, ale ona bez tradycji, bez artystów, bez rozbudzonych potrzeb estetycznych będzie zimna i pusta. Dopiero kiedy jest względny dostatek, można pomyśleć o innych celach, o atrakcjach i rozrywkach. W Suwałkach robi się na odwrót - brakuje chleba, to daje się igrzyska. Zły to gospodarz, który tak postępuje. Dla Suwałk najważniejsza jest sprawa komunikacji ze światem. Wielu pyta, czy szansą dla nas jest turystyka, czy też produkcja, może przetwórstwo. Jeden kierunek rozwoju nie załatwi wszystkiego. Trzeba działać wielokierunkowo. Czegokolwiek byśmy nie wymyślili, potrzebna jest jednak nowoczesna komunikacja, szybki i bezpieczny dojazd do Suwałk, połączenie z dużymi miastami. Czy warto zabiegać o fundusze na budowę lotniska komunikacyjnego pod Suwałkami? Czy taka inwestycja będzie Pana zdaniem opłacalna? Pewnie, że byłoby dobrze, gdybyśmy mieli w Suwałkach lotnisko. Jest to jednak trudna sprawa ze względu na wątpliwą opłacalność portu lotniczego funkcjonującego przy niedużym mieście. Jest wątpliwe, czy znalazłby się inwestor, który podjąłby się ryzyka zaangażowania dużych środków przy zagrożeniu nieopłacalnością tego przedsięwzięcia. Chyba niezbyt wielu pasażerów korzystałoby z takich połączeń, a w związku z tym i bilety musiałyby być drogie. W ubiegłym roku podjąłem jednak próbę uzyskania dotacji z budżetu państwa na budowę lotniska koło Suwałk. Po przeprowadzeniu stosownych rozmów, po wystąpieniach skierowanych do premiera, ministra finansów i sejmowej komisji finansów publicznych zdecydowałem się na zgłoszenie poprawki do projektu budżetu państwa na 2010 rok polegającej na dofinansowaniu pierwszego etapu budowy lotniska w Suwałkach w kwocie 20 mln zł. Poprawka ta została poparta przez posłów Prawa i Sprawiedliwości oraz Lewicy, jednak większość parlamentarna PO – PSL zagłosowała przeciw, powodując tym samym jej odrzucenie. Mimo wszystko lotnisko nie jest dzisiaj dla Suwałk priorytetem. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, uprawia populizm i wyborczą propagandę. Miastu potrzebne są przede wszystkim dobre połączenie drogowe i kolejowe - ani jedne, ani drugie dzisiaj nie istnieją. Niejednokrotnie rozmawiałem z potencjalnymi inwestorami. Najczęściej pytali mnie, ile czasu jedzie się z Warszawy do Suwałk. Pamiętam jedną z takich rozmów. Japończycy popatrzyli na mapę i powiedzieli, że nasz teren jest bardzo interesujący. Gdy dowiedzieli się, ile czasu się tam jedzie, odpowiedzieli, że ta lokalizacja ich nie interesuje. Zaraz potem zbudowali dużą firmę we Wrocławiu, a Wrocław wcale nie jest położony bliżej od Warszawy niż Suwałki, z tym, że tam jest inna komunikacja – co prawda też pozostawiająca wiele do życzenia, ale jednak lepsza niż na terenie północno - wschodniej Polski. Jeszcze raz podkreślam: nam potrzebne są drogi ekspresowe i dobra kolej. Realna groźba jest taka, że drogi ekspresowe będą powstawać wtedy, kiedy nasze pokolenie będzie już u schyłku swoich dni, jeśli w ogóle tego doczeka. Wszystko wskazuje na to, że po ostatnich decyzjach rządu drogi ekspresowe na terenie województwa podlaskiego i obwodnice wokół naszych miast będą budowane około 2020 – 2030 roku. Zadałem premierowi konkretne pytanie, kiedy to wszystko, co dzisiaj zapowiada, będzie realizowane. Od tej odpowiedzi uzależniam dalsze działania i wygłaszane opinie. Z jednej strony mamy kryzys gospodarczy i finansowy, z drugiej – fatalną politykę gospodarczą i finansową, a także niespotykaną nieudolność i nieodpowiedzialność rządu. Coraz bardziej brakuje pieniędzy, więc rząd po raz kolejny odsuwa w czasie termin realizacji ważnych inwestycji. Nie wiadomo do końca, kiedy ma być budowana droga, która w nowych dokumentach rządowych nosi nazwę S61 lub Via Baltica i ma łączyć Warszawę, Łomżę, Ełk i Suwałki z Litwą i innymi krajami bałtyckimi. Powstaje już trzeci pomysł na budowę obwodnicy Augustowa, przy czym na pewnym odcinku ma to być droga kategorii S, czyli dwujezdniowa, a drugi odcinek ma być jednojezdniowy. Nie wiem, czy gdzieś na świecie istnieje taka obwodnica. Kolejny problem to obwodnica Suwałk, bo to też temat, który jest wciąż odsuwany w czasie. Według ostatnich informacji ma być ona budowana około 2013-2015 roku. Nie jest jednak wcale pewne, czy te terminy nie ulegną dalszemu przesunięciu. Co można zrobić, aby zatrzymać w Suwałkach młodych ludzi lub przekonać ich do powrotu? Jak miasto może poradzić sobie z bezrobociem? Miasto nie ma strategii, która stwarzałaby perspektywy na przyszłość dla ludzi młodych. Mamy do czynienia z zastojem gospodarczym, nie ma też rozwoju społecznego. Problemy te powinny rozwiązywać władze samorządowe we współdziałaniu z rządem i innymi instytucjami. Dzisiaj młodzi ludzie po studiach szukają pracy w dużych miastach, nie chcą wracać do Suwałk, chociaż tutaj mieszkają ich rodzice i łatwiej byłoby o mieszkanie. Ale w Suwałkach nie ma pracy, a jeśli komuś zdarzy się ją dostać, to zarobki są na poziomie zniechęcającym. Zdarza się, że młody człowiek w pierwszym roku pracy po studiach otrzymuje w Warszawie większa pensję niż jego rodzice, także posiadający wyższe wykształcenie, po 30 latach w Suwałkach. Znam takie przypadki. Sprawa jest prosta - młody człowiek wybiera taką pracę i w takim miejscu, gdzie może zarobić więcej i mieć perspektywę awansu. Lepsza sytuacja finansowa daje mu większe możliwości, np. przy zakupie mieszkania. Z danych Powiatowego Urzędu Pracy wynika, że w Suwałkach miejsc pracy nie przybywa, a raczej ubywa. W naszym mieście, przy braku większych przedsiębiorstw sektora prywatnego, dominuje jeden pracodawca – jest nim miasto, w imieniu którego występuje prezydent. Nie ma u nas przemysłu, jest trochę instytucji usługowych, trochę niewielkich przedsiębiorstw produkcyjnych. Zgłasza się do mnie wiele osób, które skarżą się na „układ suwalski” – kto nie jest w „układzie”, ten nie ma szans na znalezienie pracy w instytucjach podległych prezydentowi miasta. Moi rozmówcy wskazują, że w tym patologicznym „układzie suwalskim” każdy, od kierownika instytucji po sprzątaczkę, musi mieć rekomendację, musi zostać polecony, aby otrzymać pracę lub stanowisko. Podam konkretny przykład: jeden z pracodawców podległych miastu zapytał petentkę, która przyszła szukać pracy, czy ma karteczkę. Nie zrozumiała, o co chodzi. Potem okazało się, że ta karteczka powinna pochodzić od odpowiedniej osoby, która w ramach wspomnianego „układu” prowadzi swoistą spatologizowaną politykę kadrową. Jeżeli takiej karteczki się nie ma, to nie ma czego szukać. Ostatnio mówiono mi, że już takich pisemnych śladów „układ suwalski” nie zostawia, że przyjęto inne formy komunikowania się w takich sprawach. Dokonałem przeglądu instytucji w mieście, które nie są zależne od prezydenta. Jest ich niewiele. Wróćmy jednak do młodych. Mamy w Suwałkach Państwową Wyższą Szkołę Zawodową. Trzeba ocenić poziom kształcenia w tej szkole. Gdyby Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa kształciła na dobrym poziomie światłych obywateli, to mogliby oni w przyszłości stworzyć w mieście i regionie inną jakość społeczną. Mogliby wprowadzić twórczy ferment i spowodować niezbędne zmiany, które byłyby korzystne i dla nich samych, i dla miasta. Dzisiaj trudno powiedzieć czy tak się stanie. Patrząc na kierownictwo tej uczelni, na rektora i kanclerza, którzy mają konflikty z prawem i stanowią negatywne wzory dla młodych ludzi, można mieć co do tego poważne wątpliwości. Kanclerz PWSZ został skazany na pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Profesor Jerzy Sikorski - pełniący obowiązki rektora twierdzi, że kanclerz bardzo dobrze wykonuje swoje zadania i jego zdaniem „wyrok nie przekreśla dokonań człowieka”. Decyzja pozostawienia kanclerza na stanowisku wzbudza wiele kontrowersji. Jaka jest Pana opinia? Osoby skazane prawomocnym wyrokiem sądu za przestępstwa umyślne, a z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku kanclerza PWSZ Zdzisława Siemaszko, nie powinny sprawować żadnych funkcji kierowniczych ani znajdować zatrudnienia w sferze publicznej. Jest to nie tylko kwestia przepisów, ale i moralności oraz elementarnej przyzwoitości. Przypadek kanclerza i rektora suwalskiej uczelni jest już głośny w całej Polsce. Jeśli chodzi o suwalskie władze samorządowe, to formalnie nie mają one żadnych kompetencji w stosunku do wyższej uczelni zawodowej. Ale tak naprawdę prezydent Suwałk Józef Gajewski z jednej strony robił wszystko, aby stworzyć wrażenie, że ta uczelnia to jego zasługa (nawet ja otrzymałem swego czasu jakiś gadżet z podziękowaniem za wspieranie powstania tej szkoły z jego podpisem), z drugiej strony dobrze wiadomo, że pan Gajewski ma głęboki wpływ na jej działalność, choćby poprzez swojego człowieka, jakim jest Zdzisław Siemaszko (wystarczy przeanalizować nazwiska osób zatrudnionych w administracji uczelni). Przypomnijmy rzecz podstawową: Zdzisław Siemaszko został radnym z listy stworzonej przez Józefa Gajewskiego, która manifestowała to w sposób czytelny już w samej nazwie tego komitetu wyborczego - „Z Gajewskim dla Suwałk”. Myślę, że wielu suwalczan pamięta z kampanii wyborczej 2006 roku bilbord ciągany za samochodem, na którym prezentowani byli obok siebie Józef Gajewski - jako kandydat na prezydenta miasta i Zdzisław Siemaszko - jako kandydat na radnego. W ten sposób Gajewski wspierał swojego przyjaciela i sojusznika. W kampanię żadnego innego kandydata tak mocno się nie angażował, tylko w kampanię Zdzisława Siemaszko, który został radnym i kanclerzem suwalskiej uczelni, ale także przewodniczącym komisji finansów Rady Miejskiej. Jest zupełnie oczywiste, że polityczną i moralną odpowiedzialność za Zdzisława Siemaszko ponosi Józef Gajewski. O tym trzeba głośno mówić, bo to jest właśnie jedna z odsłon tego „układu suwalskiego”, o którym mówiliśmy. Jako przewodniczący komisji budżetowej, i jako kanclerz Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej pan Siemaszko miał i ma do czynienia z dużym środkami finansowymi. Jako kanclerz rządzi finansami uczelni. A został skazany za poświadczenie nieprawdy. Czy takiej osobie można powierzać duże publiczne pieniądze? Obserwując działania pana Siemaszki od wielu lat, mogę powiedzieć, że bym mu nie powierzył nawet stu złotych. Trzeba bardzo dokładnie zbadać gospodarkę finansową suwalskiej uczelni, która dysponuje dużymi środkami publicznymi, jest tam przecież realizowana rozległa inwestycja związana z rozbudową obiektu. Rektor suwalskiej uczelni ma postawione zarzuty prokuratorskie, nie po raz pierwszy zresztą, podobna sytuacja miała już miejsce w niedalekiej przeszłości, więc jest zawieszony z mocy prawa w swoich obowiązkach. A profesor pełniący obowiązki rektora broni kanclerza skazanego za popełnienie przestępstwa i twierdzi, że wykonuje on dobrze swoje zadania; Jest to sytuacja skandaliczna i kompromitująca tych ludzi, ale – co gorsze - ich postawa przynosi szkodę całej uczelni i tworzy niemoralną sytuację, która nie może być tolerowana w żadnym sektorze życia publicznego, a już szczególnie w edukacji, gdzie kształtują się postawy i system wartości młodych ludzi i gdzie potrzeba wzorów. W rocie ślubowania, które składają studenci w wielu polskich uczelniach jest przyrzeczenie, że będzie się m.in. odnosić z szacunkiem do władz uczelni. Jak studenci suwalskiej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej mają szanować takie władze? Odmówił Pan przyjęcia zaproszenia do udziału w pracach komitetu organizacyjnego Święta Niepodległości. Zaproszenie wystosował Prezydent Suwałk – jak Pan zaznaczył, propozycję otrzymał Pan od Prezydenta Józefa Gajewskiego po raz pierwszy. Co przesądziło o podjęciu takiej a nie innej decyzji? Twierdzi Pan, że był to wyłącznie zabieg marketingowy? Oczywiście, że tak, tym bardziej, że nigdy wcześniej pan Gajewski tego nie robił. Ktoś mu widocznie podpowiedział, że dobrze byłoby wciągnąć mnie w organizację obchodów, które jak prawie wszystko, co robi, miały służyć budowie jego wizerunku przed zbliżającymi wyborami samorządowymi. Prezydent miał być przewodniczącym tego komitetu, a ja i ewentualnie trzech innych posłów, dobranych pod kątem politycznym, wchodzilibyśmy w jego skład wraz z np. podległymi panu Gajewskiemu urzędnikami. Nie wyobrażam sobie, żeby prezydent, burmistrz czy wójt kierował pracą posłów. Rola posła jest zupełnie inna. Myślę, że przyjęcie takiego rozwiązania byłoby nawet niezgodne z ustawą regulującą obowiązki parlamentarzystów. Wielokrotnie inne samorządy proponowały mi np. patronat nad obchodami rocznic patriotycznych, przedsięwzięciami kulturalnymi czy edukacyjnymi. Chętnie wyrażałem na to zgodę. Prezydentowi Suwałk jednak wyraźnie pomyliły się role. Pan Gajewski zaprosił do udziału w pracach komitetu czterech posłów – oprócz mnie także pana Cieślika i pana Kamińskiego - są oni terytorialnie bliżej, ale też pana Tyszkiewicza – a on mieszka w Białymstoku i jest liderem Platformy Obywatelskiej w województwie podlaskim. Prezydent Gajewski sprzymierzył się z PO, widocznie ta partia jest mu dzisiaj koniunkturalnie bliska. Przypomnijmy, że wraz z prezydentem Białegostoku i prezydentem Łomży popierał on Platformę Obywatelską w kampanii wyborczej 2007 roku. Nie chciałem poddać się tej PR-owskim, propagandowym zabiegom i być tłem dla przedwyborczych manewrów pana Gajewskiego. Inna rzecz, że na program uroczystości nie mogłem mieć żadnego wpływu, bo został on już z góry ustalony. Mimo wszystko jednak nie to było najważniejsze. Mój sprzeciw dotyczy przede wszystkim kwestii etycznych. Pan Józef Gajewski został mianowany po raz pierwszy na prezydenta Suwałk przez władze stanu wojennego 16 grudnia 1981 roku. Suwałki były wówczas miastem wojewódzkim, a niedaleko stąd stała Armia Czerwona i wszyscy pytaliśmy: wejdą czy nie wejdą? Mamy to w pamięci. Mianowany wtedy na prezydenta Józef Gajewski musiał cieszyć się zaufaniem nie tylko partii, ale i służby bezpieczeństwa. Możemy się domyślać, co to oznaczało. Pełnił tę funkcję w tym koszmarnym okresie przez 6 lat. Jego formacja polityczna, a więc i on sam, nie służyła wolnej i niepodległej Polsce, lecz Związkowi Radzieckiemu, z którego nadania komuniści sprawowali władzę w naszym kraju. Nie pozwalano wtedy na obchody rocznicy odzyskania niepodległości ani na obchody innych świąt narodowych. Ci ludzie zmuszali nas do pochodów pierwszomajowych. Próby organizowania Narodowego Święta Niepodległości 11 Listopada w latach 80-tych spotykały się z szykanami ze strony aparatu władzy PRL. Pan Gajewski był częścią tego aparatu. Dzisiaj różnymi zabiegami propagandowymi przy wsparciu lokalnych mediów usiłuje on napisać sobie nową biografię, którą chce wmówić mieszkańcom Suwałk i suwalskim wyborcom. Trzeba zadać pytanie, czy tacy ludzie mają nas dzisiaj uczyć patriotyzmu? Jest to chyba jakieś piramidalne nieporozumienie. Z okazji świąt narodowych, państwowych i religijnych jestem zapraszany do udziału w uroczystościach organizowanych w różnych miastach i gminach. W tym roku 11 listopada w godzinach przedpołudniowych uczestniczyłem w obchodach Święta Niepodległości w Sokółce. W kościele i pod pomnikiem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Sokółce pojawiły się tłumy mieszkańców miasta i powiatu. Nie tylko urzędnicy, którzy uczestniczą w uroczystościach z racji sprawowanych funkcji, ale zwykli mieszkańcy. Później w kinie „Sokół” miałem zaszczyt w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wręczania odznaczeń państwowych przedstawicielom mniejszości tatarskiej. Sala był pełna. Uświadomiłem sobie wtedy, z jaką sytuacją mamy do czynienia w Suwałkach. Tutaj jest inaczej - świętuje głównie władza. W suwalskich obchodach miejskich jest coś sztucznego. W moim przekonaniu dzieje się tak dlatego, że społeczeństwo intuicyjnie wyczuwa fałsz. Ponadto w Suwałkach, i to jest także wynik postkomunistycznych rządów, nie udało się dotąd zbudować prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. W naszym mieście wciąż zbyt dużo zależy od władzy, organizacje obywatelskie nie mają wystarczającej siły i należnej podmiotowości. Powinniśmy się zmobilizować i jak najszybciej ten niedobry stan rzeczy zmienić. Dziękuję za udzielenie wywiadu. Iva


adres tego artykułu: http://www.suwalki.info/articles.php?id=147