suwalki.info - Suwalski Serwis Informacyjny
Z plecakiem na drugi koniec świata - wywiad z Karolem Zubrzyckim

Karol Zubrzycki to 26-letni suwalczanin, który sam wybrał się w podróż na drugi koniec świata. Zwiedził Laos, Birmę, Singapur, Malezję i Tajlandię. Całkowicie otworzył się na to, co przyniósł los. Podróżował stopem, najczęściej na pace, spał w dżungli, a nawet zjadł kolację z birmańską huntą wojskową. I chociaż chwil grozy nie brakowało, ta podróż była niesamowitym przeżyciem.


Skąd pomysł na podróż akurat do Azji południowo-wschodniej?

Już od najmłodszych lat ciągnęło mnie w tamte strony. Ciepłe wody, tropiki, dżungla, kultura Dalekiego Wschodu - to wszystko kwitło we mnie od dawna. Wyjeżdżając wiedziałem, że będzie ładnie, ale moim celem było przede wszystkim poznawanie ludzi. Dodatkowo moja siostra przebywała w tym czasie w Singapurze i to jeszcze bardziej zachęcało mnie, aby odwiedzić tę cześć świata. Ostatecznie podczas wyprawy odwiedziłem pięć krajów - Laos, Tajlandię, Birmę, Malezję i Singapur.

A dlaczego wyjechałeś sam?

Długo o tej wyprawie marzyłem, jednak postanowiłem wyjechać z dnia na dzień. Tak jak wymyśliłem, tak tydzień później kupiłem bilety. W ciągu tygodnia ciężko znaleźć kogoś chętnego na tak duży wyjazd. Decyzja była spontaniczna. Wiedziałem po prostu, że muszę gdzieś wyjechać i coś przeżyć.

Decyzja o wyjeździe zapadła w tydzień, a ile miałeś czasu na całościowe przygotowanie wyprawy?

Od zakupu biletu do wyjazdu miałem półtora miesiąca. To jest jednak bardzo mało czasu. Musiałem wziąć do ręki książki i zacząć czytać o kulturze, prawie, zwyczajach i o tym, co chcę, a czego nie chcę zobaczyć. Zrobiła się z tego półka książek. W półtora miesiąca zdobyć wiedzę i ogarnąć wszystkie sprawy związane z wyjazdem, to był duży wysiłek.

Taki wyjazd zapewne wiąże się też z dużym wydatkiem. Jak to wyglądało pod względem finansowym i organizacyjnym?

W dużej części miałem już odłożone pieniądze. Nie wiedziałem do końca na co je wydać, więc doskonale przydały się podczas wyprawy. Skorzystałem więc z tego mojego zaplecza finansowego, a dodatkowo trochę pożyczyłem i wystarczyło. Łącznie dwumiesięczna podróż pochłonęła około 6,5 tys. złotych.

Nie udało się pozyskać żadnego sponsora?

Udało mi się w ostatniej chwili zdobyć sponsora, którym był sklep turystyczny. Wsparł mnie śpiworem, którego nie miałem i bluzą polarową, której również nie posiadałem, bo zgubiłem gdzieś w Tatrach. To dość symboliczna pomoc, ale te rzeczy były niezbędne. Pierwszy raz w życiu starałem się o patronat i sponsora, więc to były moje pierwsze kroki jeśli chodzi o takie działania i rozmowy z firmami i mediami. Nie ukrywam, że było to dla mnie bardzo trudne i wielu znajomych mi w tym pomagało.

A jak twoja rodzina zareagowała na samotną podróż na drugi koniec świata?

Rodzina dowiedziała się już po zakupieniu przeze mnie biletów. Postawiłem ich przed faktem dokonanym. Moja siostra, która też dużo podróżowała po świecie, bardzo się ucieszyła, że podjąłem taką decyzje, a rodzice byli przerażeni. Mówili żebym nie ryzykował, ale przed samym wyjazdem życzyli mi dobrej podróży i trzymali za mnie kciuki.

Utrzymywałeś z nimi kontakt będąc w Azji?

Nie chciałem żeby się martwili. Cały czas byłem gdzieś indziej i nie można było mnie namierzyć po jakimś adresie. Starałem się więc codziennie, lub co drugi dzień dawać znać, że żyję i że jest wszystko w porządku. Ja tam naprawdę nie czułem się zagrożony!

Gdzie rozpocząłeś swoją podróż?

Wylot miałem z Warszawy do Mediolanu. Tam, we Włoszech miałem pierwszą przesiadkę, na którą musiałem czekać dobę. Kolejną przesiadkę miałem z kolei w Arabii Saudyjskiej, z której poleciałem już do Singapuru.

Na drugi koniec świat poleciałeś tylko z siedmiokilogramowym bagażem podręcznym. Co można zmieścić w jednym plecaku?

Tak, przez te dwa miesiące miałem ze sobą tylko bagaż podręczny. Ograniczałem to co mogę wziąć do absolutnego minimum. Na miejscu dokupiłem sobie parę rzeczy, więc ostatecznie te 7 kilo zamieniło się w 12, ale to też nie jest dużo. Z plecakiem właściwie się nie rozstawiałem. Wolałem mieć go prawie zawsze przy sobie, ponieważ miałem tam wszystko, co w tamtym czasie było dla mnie bezcenne.

Jakie to uczucie, kiedy lądujesz w obcym kraju, niemal na końcu świata, gdzie różni cię od tamtejszych ludzi niemal wszystko? Miałeś jakiś plan jak rozpocząć tę podróż?

Wylądowałem w Singapurze i miałem ułatwione zadanie ponieważ mieszkała tam wówczas moja siostra. Kiedy wysiadłem z samolotu byłem bardzo podekscytowany. Przywitał mnie 35-cio stopniowy upał. Poza tym w Singapurze jest bardzo czysto, nowocześnie i bardzo bogato. Pierwsze wrażenie było niesamowite. Byłem tam półtora dnia, odpocząłem spędzając czas z rodziną i pomimo, że siostra namawiała mnie żebym został, postanowiłem, że muszę ruszyć dalej. Miałem inny cel i szkoda mi było spędzać kolejnych dni w mieście - tym bardziej w takim luksusowym, betonowym, szklanym. Brałem pod uwagę również to, że z Singapuru miałem lot powrotny, więc przed wylotem zdążyłem jeszcze coś zobaczyć.

Jaki był twój kolejny kierunek?

Po krótkim odpoczynku ruszyłem w kierunku Malezji. Jako że Singapur jest małym miastem-państwem, metrem dojechałem do samej granicy. Granice przekraczałem w nocy i myślałem, że będzie tam na mnie czekał pociąg, którym dojadę do Kuala Lumpur. Niestety będąc na granicy okazało się, że wszystkie bilety na pociągi i autobusy są już wyprzedane i musiałbym czekać 16 godzin na kolejny transport. Była to strata czasu, a w dodatku była to już Malezja, a więc kraj, w którym nie jest już tak czysto i bezpiecznie. Perspektywa spędzenia tylu godzin na dworcu nie była przyjemna.

Miałeś jednak szczęście, bo pierwszy człowiek, którego poznałeś okazał się bardzo pomocny.

Tak, na przejściu granicznym poznałem Malezyjczyka o imieniu Han, który na początku pomagał mi przejść przez tę granicę, pokazywał mi gdzie mam iść, przestrzegał, że w Malezji muszę bardziej uważać. Kiedy dowiedział się, że nie ma już żadnego transportu, po chwili namysłu zaprosił mnie do siebie. Nie wiedziałem, czy mam się bać, bo znałem tego człowieka zaledwie 10 minut, ale stwierdziłem, że muszę być otwarty. Taki był z resztą mój plan podróży, żeby być otwartym, na wszystko. Zabrał mnie do swojego mieszkania, w którym spędziłem dwie doby. Jak na tamte warunki, był to niemal apartament.

Dla niego to też była zapewne ciekawa znajomość.

Widziałem, że chce ze mną dużo rozmawiać, poznać kulturę i mnie. O Polsce mało słyszał, ale że był w Austrii na nartach, wiedział gdzie Polska leży. Rozmawialiśmy o najbardziej zwyczajnych rzeczach. Zszokowało go na przykład to, że my w samochodach musimy mieć opony zimowe.

Po dwóch dniach trafiłeś do Kuala Lumpur, jakie wrażenie zrobiło na tobie to miasto? Co jeszcze widziałeś w Malezji?

W Kuala Lumpur spędziłem około półtora dnia. To wielkie miasto, chodziłem i po głównych i po tych mniejszych uliczkach i targach, które tętnią życiem nawet do 2 w nocy. Później chciałem jechać na północ na plantacje herbaty do Cameron Highlands, ale po drodze zobaczyłem, że mam jeszcze taką atrakcję jak Batu Caves. I chociaż nie planowałem zwiedzać typowo turystycznych miejsc, skusiłem się. Batu Caves to jest kompleks hinduskich świątyń wykutych w skałach. Zrobiło to na mnie wrażenie, choć przyznam, że lepiej wygląda to na zdjęciach. Masa ludzi i sklepiki skutecznie mnie jednak zniechęciły. Po czterdziestu minutach stwierdziłem, że szkoda czasu i trzeba ruszać dalej.

Złapałeś stopa i pojechałeś do miejsca, które cię całkowicie zauroczyło...

Złapałem stopa, którym również podróżowali turyści. Był to Malezyjczyk, Niemka i dziewczyna pochodząca z jakiejś wyspy nieopodal Ameryki Południowej. Był to miks z całego świata. Z tymi ludźmi dojechałem do Cameron Highlands, czyli wzgórz, z plantacją herbaty. Tak bardzo spodobał mi się ten widok, że stwierdziłem, że chcę tam zostać na noc i zobaczyć wschód słońca. Ci ludzie myśleli, że żartuję, ale ostatecznie zostawili mnie.

Zbliżała się noc, a ty sam zostałeś w dżungli. Co czułeś?

Faktycznie było to już poza cywilizacją. Poszedłem w las i bardzo szybko znalazłem szałas, który jak stwierdziłem będzie dobry na przetrwanie nocy. Ten szałas był nad ziemią, więc wiedziałem, że robactwo i węże mi nie zagrażają. Miałem też daszek, który chronił mnie przed deszczem. Noc była jednak przerażająca. Na wszelki wypadek spryskałem się środkiem przeciwko robactwu. Chodziło głównie o komary, które przenoszą choroby. Ta noc polegała tylko na tym, aby ją przetrwać. Przez dziewięć godzin siedziałem w totalnej ciemni, nie miałem żadnej latarki, tylko telefon. Było tak czarno, że nic nie można było dostrzec, a obok pękały gałęzie, słychać było odgłosy owadów. Było tyle różnych dźwięków, że jak uruchomiała się moja wyobraźnia, to myślałem, że dostanę zawału. Musiałem cały czas myśleć logicznie i tłumaczyć sobie, że nic mnie nie atakuje. Przysnąłem jedynie na dwie godziny, a rano czułem się jakbym walczył z kimś całą noc. Jedyną moją bronią był wtedy kij i spray.

To co zobaczyłeś podczas wschodu słońca wynagrodziło tę przerażającą noc?

Byłem przede wszystkim szczęśliwy, że przeżyłem. Byłem też dumny, że udało mi się pokonać strach. A wschód słońca w stu procentach go zrekompensował. Byłem szczęśliwy. Zwykłe słońce, codzienność i te piękne widoki - to było fantastyczne przeżycie, które zapamiętam do końca życia.

Jak potoczyły się kolejne losy? Dokąd ruszyłeś?

Ruszyłem dalej na północ, także stopem. Jechałem skuterem, na pace lub osobowymi samochodami. Poruszałem w kierunku wysp. Spałem na przykład na plaży, gdzie spotkała mnie burza i musiałem uciekać do hotelowej strefy all inclusive. Musiałem się tam ukrywać, bo nie byłem gościem hotelowym. Położyłem się w barze, który miał kształt podkowy. Rano obudzili się mnie turyści. Jak wyłoniłem się z plecakiem, w foliaku i kapeluszu, to mieli niesamowite miny. Wstałem i poszedłem nie oglądając się za siebie.

Mówisz, że stroniłeś od tych typowych atrakcji turystycznych. Co więc najbardziej ciebie zachwycało?

Najpiękniejsze były proste rzeczy i miejsca, które wskazywali mi zwykli ludzie. Na przykład miejsce, gdzie mogę się bezpiecznie wykąpać nad rzeką okazywało się pięknym wodospadem, do którego nikt z turystów nie docierał. Często z kolei było tak, że te typowo turystyczne miejsca się nie sprawdzały.

Swoją wyprawę rozpocząłeś w listopadzie, w Azji spędzałeś więc też święta Bożego Narodzenia?

Długo mnie nurtowało, gdzie i z kim przyjdzie mi spędzić Boże Narodzenie. Parę dni przed świętami, przemieszczając się z Birmy do Laosu poznałem Norwega, który wziął mnie na stopa. Był na emeryturze, od kilkunastu lat mieszkał w Tajlandii i tam miał swój dom. I to właśnie u niego spędziłem święta. Zjedliśmy między innymi ziemniaki, po czym usiedliśmy przy ognisku z bambusów i piliśmy piwo. Tak wyglądała moja wigilia.

Nowy Rok przywitałeś z kolei w Laosie. Czy sylwester na Dalekim Wschodzie różni się od tego europejskiego?

Tę noc spędziłem w barze z pewnym Argentyńczykiem. W Laosie nie ma fajerwerków, ludzie puszczają chińskie lampiony. Niesamowite było również to, że podczas tego sylwestra nie musiałem mieć na sobie puchowej kurtki, a jedynie krótki rękawek. W dodatku popijałem zimne piwo. Było to dla mnie coś nowego. Lokalni ludzie nie traktują sylwestra jako okazji do wielkich balów, na które trzeba się wystroić. Po prostu wychodzą z domów, wyciągają zrobionego własnoręcznie grilla i po prostu bawią się nie przejmując się, że ktoś wygląda lepiej lub gorzej. To zupełnie nie jest dla nich ważne. Ludzie z tamtych krajów żyją chwilą.

Jak porozumiewałeś się z tymi najprostszymi i niekoniecznie wykształconymi ludźmi?

W Malezji ludzie znają wiele języków, bo jest to kraj rozwinięty. Często w standardzie są cztery języki - malezyjski, angielski i dwa dialekty chińskiego. W Tajlandii, jako że jest to kraj bardzo turystyczny, angielski też jest bardzo dostępny, ale czasami w małych miejscowościach miałem problem żeby się dogadać. Ale jeśli człowiek ma otwarty umysł, to naprawdę można się porozumieć. Ma się przecież ręce, mimikę twarzy, można coś wskazać palcem lub narysować i wszystko jest do osiągnięcia. Czasami to trwa minutę, czasami 20 minut, ale się człowiek dogada. Może to oczywiście też być irytujące, szczególnie jeśli gdzieś się nam spieszy. Ale ostatecznie przyjmowałem to jako stałą część podróży.

Jaki jest standard życia ludzi w mniejszych azjatyckich miejscowościach?

Takie miejsca były dla mnie najciekawsze. Owszem dociera tam cywilizacja, ale nie wszyscy ludzi chcą mieć domy z cegły, w większości mieszkają w domkach z bambusa. Są to kwadratowe domy, jedno lub kilkuizbowe, w których mieszkają całe rodziny. Nam Europejczykom może się wydawać, że ci ludzie są bardzo biedni skoro żyją w takich warunkach, a tak naprawdę tamtejsza ludność potrzebuje tego domu tylko na noc. Śpią na bambusowej macie, budzą się i cały dzień spędzają poza domem - na ulicy, w knajpkach. Zwyczajnie dom w naszym wyobrażeniu jest dla nich zbędny.

A jak zarabiają na życie?

W dużej mierze zajmują się uprawą ryżu, kokosów i trzciny cukrowej. Bardzo rozpowszechnione są tzw. street foody, czyli jedzenie na ulicy. Co kilkadziesiąt metrów jest taka mała restauracyjka na wózku. Tam ludzie nie gotują w domu, wychodzą na ulicę i za grosze mają śniadanie, obiad i kolacje. Popularny jest także hand made. Ludzie sprzedają to, co sami własnoręcznie wykonają. Ale nie interesują ich jakieś duże biznesy. Chcą codziennie sprzedawać po kilka sztuk. To im w zupełności wystarczy, aby dożyć do kolejnego dnia, i tak z dnia na dzień.

Podczas podróży spróbowałeś na pewno wielu egzotycznych dań. Co najbardziej ci smakowało?

Jednym z najlepszych dań były owoce morza w Malezji. W Tajlandii z kolei najbardziej smakowała mi lokalna pataja. Wiele nowych smaków poznałem w Birmie. Czasami był to szok dla moich kubków smakowych. To jedzenie nie zawsze było też smaczne. Zdarzały się połączenia gorzkiego ze słodkim, gorzkiego z kwaśnym. Zależało mi jednak na tym, aby jeść jak lokalni ludzie. Nie chciałem jeść w miejscach typowych dla turystów, gdzie żywność jest bardziej zachodnia. Próbowałem również smażonych robaków oraz gotowanego jajka z embrionem.

Czy teraz będąc już w Polsce masz kontakt z ludźmi, których poznałeś w Azji?

Żyjemy w takich czasach, że jest internet, więc od każdego brałem wszelkie namiary i zbierałem je w bezpiecznym miejscu, aby nie zgubić. To jest bardzo fajne, że poznaje się kogoś na drugim końcu świata i cały czas można mieć z nim kontakt. Cały świat jest w zasadzie w zasięgu ręki.

Co cię najbardziej zaskoczyło podczas tej podróży?

Ludzie, którzy byli bardzo gościnni, otwarci i dobrzy dla mnie. Są tacy z potrzeby serca, a nie dla własnych korzyści. Tam odzwyczaiłem się, że ktoś może być w stosunku do drugiej osoby, złośliwy, niemiły czy życzyć źle. Kiedy prosiłem o pomoc, to nawet jeśli ktoś nie umiał mi pomóc, pytał o to pięć innych osób. Totalnie bezinteresownie ludzie poświęcali dla mnie czas. I chociaż to nie były dla mnie jakieś potrzeby na zasadzie życia i śmierci, to ci ludzie bardzo chętnie pomagali.

A propos życia i śmierci. Czy poza wspomnianą nocą w dżungli były jeszcze jakieś momenty, kiedy bałeś się o swoje życie?

Były dwa takie momenty. Pewnego razu w dżungli szedłem z przewodnikiem. On aby zejść w dół po skale użył małego drzewka - chwycił się go i opuścił się po nim w dół. Ja zrobiłem tak samo i drzewko się pode mną wyrwało. Spadłem kila metrów w dół na plecy. Byłem przerażony, ale skończyło się to szczęśliwie, bo wylądowałem na plecaku. Było jednak niebezpiecznie, bo w dżungli jest dużo połamanych ostrych bambusów, więc gdybym nadział się nogą lub plecami, byłoby źle. Nie ma tam zasięgu telefonów, a do najbliższej miejscowości szło się ileś godzin. Drugą niebezpieczną sytuację przeżyłem w Birmie. Pewnej nocy jechałem zwykłą ciężarówką na pace, gdzie jak się później dowiedziałem, jeżdżą piraci, którzy napadają na innych i okradają. Po drodze zatrzymał nas wojskowy patrol. W Birmie wciąż są problemy z powodu wojny domowej, która teoretycznie już się zakończyła, ale ludzie dalej się boją. Kiedy wojskowi mnie zobaczyli byli w szoku. Byłem dla nich atrakcją i chcieli zjeść ze mną kolację. Zgodziłem się. Jakby nigdy nic na stole leżała broń, razem z mocniejszym alkoholem i jedzeniem, co razem tworzyło niezły zestaw. Mężczyźni zapytali mnie skąd jestem, a kiedy powiedziałem, że z Polski pokiwali głowami, jakby wiedzieli gdzie to jest, a w rzeczywistości nie mieli o tym pojęcia. W pewnym momencie nastała cisza. Aby ją przerwać powiedziałem, że mają piękny kraj i niesamowite widoki, po czym powiedziałem, że nie chce im przeszkadzać, podziękowałem i odszedłem. Kiedy wsiadłem do samochodu i ruszyliśmy, jeden z pasażerów powiedział mi, że siedziałem z majorem, który zrobił lokalnej ludności bardzo dużo złego i że mamy dużo szczęścia, że stamtąd wyjechaliśmy. Zdałem sobie wtedy sprawę, że u nich jest zupełnie inny świat.

Co dała ci ta dwumiesięczna podróż, czego dowiedziałeś się sam o sobie?

Zdecydowanie bardziej wierzę teraz w siebie niż przed wyjazdem. Wiem, że jestem zdolny zrobić bardzo wiele. Poza tym wiem także, ze nie ma co oceniać ludzi po tym jak wyglądają i gdzie są.

Kiedy i gdzie będzie kolejna podróż?

W lutym 2015 planuję wyjazd do Indii na 2,5-3 miesiące. W 6 osób będziemy podróżować starym VW Trasporterem. Mamy plan objechać ten kraj dookoła i pokonać ok 15 000 km.

Dziękuję serdecznie za ciekawą rozmowę.

Karol Zubrzycki prowadzi bloga zubrwnaturze.eu, w którym opisuje swoje podróże. Jego kolejne wyzwania można na także śledzić na fanpage'u www.facebook.com/zubrwnaturze.

Fot. Karol Zubrzycki



Dodano: 2014-09-03 00:10:12

ZAKŁAD STOLARSKI
ZAKŁAD STOLARSKI

Cinema Lumiere

Dzisiaj: (23.08.2016)

Reklama

Z jakim problemem spotkałeś/spotkałaś się przy poszukiwaniu pracy?
zbyt niskie wynagrodzenie
zbyt wygórowane oczekiwania
brak umowy o pracę
brak szkoleń
brak odpowiednich warunków/narzędzi do pracy
brak świadczeń dodatkowych
inne

Kursy walut

Dane NBP
(kurs średni)
z dnia: 23-08-19

1 USD: 3,93711 EUR: 4,3572
1 CHF: 3,98761 GBP: 4,8050
1 RUB: 0,0600 


Start


Aktualności


Informacje


Biznes


Rozrywka


Turystyka



Ogłoszenia - Suwałki | Montaż kamer Suwałki | Agroturystyka Suwalszczyzna | Internetowe Biuro Nieruchomości | Reklama Suwałki

Copyright © 2004-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone. Numer ISSN: 2080-6701
Redakcja: Suwalski Serwis Informacyjny ul. Noniewicza 95, 16-400 Suwałki
Serwis Suwalki.info nie ponosi odpowiedzialności za treści dodane przez użytkowników
tel: 87 730 5991, 885-212-212 e-mail: [email protected], [email protected]
projekt i wykonanie: