suwalki.info - Suwalski Serwis Informacyjny
Miasto – Obiekt Monitorowany?

16 września 2009 r. odbyło się w Bibliotece spotkanie z Fundacją Miasto oraz promocja czasopisma "Kultura miasta". W ramach spotkania odbyła się prezentacja czasopisma Kultura Miasta połączona z debatą Miasto - obiekt monitorowany?. Gościem specjalnym debaty była Katarzyna Szymielewicz - dyrektorka Fundacji Panoptykon, zajmującej się problematyką społeczeństwa nadzorowanego; stale współpracująca z Helsińską Fundacją Praw Człowieka.

Tekst pochodzi z kwartalnika "Kultura Miasta" 2-3/2009, który od 29 września 2009 r. dostępny jest w EMPiKach w całej Polsce.

Systemy monitoringu wizyjnego1 stają się powoli naturalnym elementem miejskiego krajobrazu. Więcej: stają się wyznacznikiem pewnego „stylu życia” utożsamianego z nowoczesną metropolią. Jak ten fakt permanentnego nadzoru nad wspólną przestrzenią wpływa na nasze w niej funkcjonowanie, na poczucie „bycia u siebie”, przynależności do określonej wspólnoty? Więcej: jak wpływa na samą „ideę miasta”, jako przestrzeni publicznej? Czy miasto pod okiem kamer zamienia się we współczesny panoptykon, perfekcyjne wirtualne więzienie? A może, wręcz przeciwnie, staje się przestrzenią bezpieczną i oswojoną, bo wreszcie kontrolowaną? Czy jest to zmiana jakościowa, nad którą warto się poważnie zastanowić, czy „naturalny etap rozwoju”, który możemy już tylko zaakceptować?
Polskie miasta najwyraźniej przechodzą etap entuzjazmu dla „nowoczesnych rozwiązań”, na wzór tych, które w Europie Zachodniej pojawiły się na dużą skalę już dobre kilka lat temu. Przestrzeń publiczna (ulice, place) oraz tzw. półpubliczna (dworce, lotniska, stacje metra) stają się celem permanentnego nadzoru pod elektronicznym okiem kamer. Ściany budynków, wind, klatek schodowych i sklepów coraz częściej uprzejmie informują nas, że również ten „obiekt [jest] pod stałym nadzorem”. W samej Warszawie mamy już ponad 400 kamer systemu monitoringu miejskiego. Ale ten trend nie dotyczy tylko aglomeracji – promocyjno-ostrzegawcze informacje o monitoringu pojawiają się w miastach wszelkiej wielkości. I bynajmniej nie jest to tylko domena władz publicznych: prywatne kamery pojawiają się w sklepach, bankach, garażach i, co już stało się „oczywistą oczywistością”, na strzeżonych osiedlach. Miasto – w znaczeniu przestrzeni, która (wciąż jeszcze) pozostaje wspólna – przestrzeni ulicy czy przestrzeni handlowej – staje się na naszych oczach i za naszym przyzwoleniem swoistym obiektem monitorowanym.
Czy to, co się dzieje w polskich miasteczkach i metropoliach faktycznie jest „naturalnym etapem” rozwoju miasta w dobie „nowych zagrożeń” związanych z migracjami, przyspieszeniem tempa życia, atomizacją społeczeństwa, rozpadem wspólnotowego stylu życia i tym podobnymi „procesami społecznymi”? A może jest prostą odpowiedzią na ogromny popyt na bezpieczeństwo w miastach, w których ludzie przestali się czuć u siebie i zamiast traktować człowieka obok jak sąsiada, widzą w nim już tylko potencjalne zagrożenie? Tak najprawdopodobniej uważają ci, którzy w kampaniach promocyjnych miast powołują się na „zwiększone bezpieczeństwo dzięki wdrożeniu nowoczesnych systemów monitoringu”. W tym tekście spróbuję się nie zgodzić z taką perspektywą, twierdząc, że i sam popyt na bezpieczeństwo, i odpowiedź właśnie w postaci zmasowanego wideonadzoru zostały wykreowane w ramach konkretnego dyskursu. Jeśli ten argument da się obronić, to najprawdopodobniej także inny stosunek do bezpieczeństwa w mieście oraz nieco inne pomysły na jego zwiększanie są wciąż do pomyślenia...

„Naturalna kolej rzeczy” czy socjotechniczna manipulacja?

Obserwujemy swoistą naturalizację obecności kamer w przestrzeni miejskiej poprzez to, co się pojawia (czy raczej czego brakuje) w debacie publicznej. Słychać czasem głosy na temat tego, ile, kiedy i za jakie pieniądze trzeba jeszcze zainstalować kamer przemysłowych. Ewentualnie, w przypadku wpadkowych problemów z odczytem obrazu, jest szansa na dyskusję o potrzebie kontroli jakości nagrań i stanu technicznego kamer. Natomiast już daleko poza debatą w mediach pozostaje samo pytanie o sens i realny wpływ systemów monitoringu na życie w miastach. Podczas gdy odpowiedź na to – dość fundamentalne przecież pytanie – bynajmniej oczywista nie jest. A w każdym razie nie wypada jednoznacznie na korzyść obecnie panującego trendu.
Teza o pozytywnym oddziaływaniu systemów monitoringu wizyjnego na jakość życia w mieście nie jest powszechnie akceptowana nawet w krajach starej Unii Europejskiej (które w Polsce często przywoływane są jako „przykład, do którego dążymy”). Stopień rozpowszechnienia kamer w przestrzeni publicznej w poszczególnych krajach Europy różni się dość zasadniczo. Według danych z 2004 r. w Wielkiej Brytanii przestrzeń publiczną w 500 miastach monitorowało aż 40.000 kamer, podczas gdy w Niemczech było ich już tylko 100 w 15 miastach, a w Danii – ani jednego systemu monitorującego przestrzeń publiczną na ulicy2. Tak dużych różnic w „zapotrzebowaniu społecznym” na kamery nie ma, co prawda, jeśli chodzi o monitoring tzw. przestrzeni półpublicznej lub półprywatnej. Mowa tu przede wszystkim o dworcach, lotniskach, bankach, stacjach metra czy centrach handlowych. W krajach Europy Zachodniej kamery nie sięgają jednak zazwyczaj do takich przestrzeni jak szkoły, szpitale czy obiekty kulturalne.
Badania przeprowadzone w ramach dwuletniego projektu „UrbanEye” w Austrii, Danii, Hiszpanii, Niemczech, Norwegii, Wielkiej Brytanii i na Węgrzech (nota bene finansowanego ze środków Komisji Europejskiej) wykazały, że wpływu monitoringu wizyjnego na życie w miastach nie da się jednoznacznie ocenić. Ta niejednoznaczność wynika przede wszystkim z różnorodności rozwiązań przyjmowanych w poszczególnych miejscach. Systemy monitoringu stosowane w Europie różnią się dość zasadniczo pod każdym względem: celów, zasad funkcjonowania, stosowanej technologii czy polityki zatrudniania do pracy przy ich obsłudze. Zatem ich realny wpływ na poziom przestępczości, czystość ulic czy wydatki na utrzymanie miejskiej infrastruktury jest determinowany przez cały szereg czynników wzajemnie na siebie oddziałujących. Począwszy od technologii i sposobu zorganizowania systemu, po kulturę i kwestie mentalnościowe. Nie mamy tutaj miejsca na szczegółową analizę tego tematu; chodzi tylko o pokazanie, że ani same zasady funkcjonowania wideonadzoru w miastach nie są „oczywiste”, ani tym bardziej ich wpływ na takie zjawiska jak przestępczość.

„Prewencja” czy symulacja?

Argument o korelacji pomiędzy ilością kamer a poziomem bezpieczeństwa na ulicach pojawia się w publicznej debacie najczęściej, mimo że równie często podważają go autorytety akademickie i wyniki poważnych badań. W polskim kontekście jego stanowczą krytykę sformułowali badacze z Uniwersytetu Warszawskiego: dr Waszkiewicz z Katedry Kryminalistyki UW przeprowadził w Warszawie badania, z których jasno wynika, że nie ma statystycznych zależności między zainstalowaniem kamer a zmniejszeniem ilości przestępstw. Podobne wyniki uzyskano w analogicznych badaniach przeprowadzanych w USA i Wielkiej Brytanii. W 2002 r. naukowcy Brandon Welsh i David Farrington stwierdzili, że po zainstalowaniu kamer przestępczość spada w obiektach zamkniętych, takich jak podziemne garaże3. Jednak w przestrzeniach otwartych, np. w centrum miasta czy na skrzyżowaniu ulic, ilość przestępstw się nie zmienia.
Interesująca krytyka systemów monitoringu, odpowiadająca również na argument „z prewencji”, opiera się na teorii symulacji, w sensie jaki nadał temu pojęciu Baudrillard4. Zasadniczo działanie systemów monitoringu wizyjnego – gdzie operator, osoba bez specjalnego przygotowania do interpretacji ludzkich zachowań, ma kontrolować niewyraźny obraz na wielu monitorach jednocześnie przez jakieś 8 godzin z rzędu – nie sprzyja wychwytywaniu sytuacji niebezpiecznych zanim ryzyko nie zmaterializuje się w postaci napadu czy kradzieży. Wiele przypadkowych czynników musi się złożyć na to, żeby osoba siedząca przed monitorem zdołała zauważyć, właściwie ocenić i natychmiast zareagować na takie zagrożenie. Stąd projektanci systemów wiedeonadzoru coraz częściej dochodzą do wniosku, że bardziej efektywne jest gromadzenie danych o „typowych” zachowaniach niebezpiecznych na serwerach komputerów, a następnie wykorzystywanie takiej bazy do „pomocy” przy identyfikowaniu zagrożeń. Komputer wychwytuje np. gwałtowny ruch ręką albo inny gest uznany za „agresywny” albo „nietypowy” i wymusza automatyczną reakcję alarmową w systemie monitoringu5.
Na czym polega problem z tym inteligentnym rozwiązaniem? Zasadniczo właśnie na tym, że jego działanie oparte jest na symulowaniu rzeczywistości, a nie reagowaniu na to, co się rzeczywiście wydarza. System działający w oparciu o klasyfikację zachowań ludzkich oraz określony zestaw założeń – założeń, co do tego, co jest „normalne” i „bezpieczne”, a co już stwarza zagrożenie – wyprzedza wydarzenia, a zatem kreuje pewne stany nierzeczywiste. Elektroniczne znaki i symbole generowane przez sieci nadzoru produkują symulacje „rzeczywistości”, które następnie są przyjmowane – już jako domniemana rzeczywistość –przez dominujące instytucje6. Dalej, poprzez całkiem realne działania tych instytucji (np. interwencje policji czy umieszczanie w przestrzeni publicznej tabliczek ostrzegających o potencjalnym zagrożeniu), owe skonstruowane „wnioski z monitoringu” są przekazywane opinii publicznej i utrwalane w dyskursie. Stąd bardzo często biorą się powszechne przeświadczenia na temat istnienia konkretnych grup ryzyka wokół nas („trudna młodzież”, bezdomni) czy prawdopodobieństwa niebezpiecznych zachowań w ściśle określonych miejscach (przejścia podziemne, dworce). Przestrzeń miasta w powszechnym odczuciu staje się niebezpieczna. Z tego przeświadczenia jest już tylko jeden krok logiczny do stwierdzenia, że ta przestrzeń powinna podlegać stałemu nadzorowi – nadzorowi, który najłatwiej zwizualizować sobie jako czujne oko kamery.

„Eliminacja niepraworządnych zachowań” czy dyscyplinowanie posłusznej większości?

Skoro tak niewiele się zmienia, jeśli chodzi o realny poziom przestępczości, to jaki naprawdę skutek odnosi monitoring wizyjny na ulicach? Najczęstszy argument (w zależności od podejścia – na korzyść lub niekorzyść kamer) jest taki, że samo poczucie bycia obserwowanym wpływa na postawy i zachowania ludzi w przestrzeni miasta. Chodzi w tym wypadku nie tyle o zapobieganie poważnym przestępstwom – bo ci, którzy je popełniają albo z kamerami radzą sobie lepiej, niż sami operatorzy, albo działają w afekcie – ale o swoistą „kontrolę społeczną” całej miejskiej populacji.
Wszędobylskie i dyskretne oko kamery umożliwia realizację idei panoptykonu w przestrzeni publicznej. Panoptykonu, czyli idealnego więzienia, w którym więzień nigdy nie wie kiedy jest faktycznie obserwowany przez strażnika, a zatem (zgodnie z teorią racjonalnych zachowań) kontroluje się przez cały czas. Efekt panoptykonu w otwartej przestrzeni działa jednak tylko do pewnego stopnia. Po pierwsze dlatego, że faktyczny zasięg i oddziaływanie psychologiczne kamer pozostają ograniczone – ten, komu na tym zależy ma wciąż faktyczną możliwość „ukrycia się” przed okiem kamery, a pozostali zazwyczaj szybko się do bycia obserwowanym przyzwyczajają; po drugie – samo założenie „racjonalności zachowań” ludzkich jest z gruntu zawodne.
Niemniej jednak dyscyplinujący wpływ kamer na użytkowników przestrzeni publicznej jest zauważalny – z tym tylko zastrzeżeniem, że o wiele bardziej w stosunku do tzw. praworządnych obywateli niż tej zdeprawowanej mniejszości, o którą rzekomo chodziło. Po stronie tych „niepraworządnych” skutek dyscyplinujący dotyka, co najwyżej, drobnych chuliganów. Efektem jest zatem wzrost konformizmu i większa przewidywalność zachowań w przestrzeni publicznej oraz, co najwyżej, mniejsza ilość połamanych ławek i „nielegalnej” farby na ścianach. Być może jest to mimo wszystko realna korzyść, warta pewnej inwestycji. Pozostaje jednak otwarte pytanie, czy jako społeczeństwo chcemy ponosić jej koszt, w sensie zarówno finansowym (tj. w postaci ogromnych wydatków na monitoring miejski), jak i psychologicznym – w postaci naszego prawa do prywatności i ochrony przed socjotechniczną manipulacją.
Wreszcie, do przemyślenia pozostaje cena, którą płacimy wspólnie w sferze naszych wartości: społeczność miasta kiedyś bywała określana mianem „wspólnoty lokalnej”, dzisiaj zdecydowanie częściej odczuwana jest jako niebezpieczna ludzka masa. Masa, z którą nie sposób się już nawet porozumieć – tym mniej można jej zaufać – a zatem trzeba ją kontrolować. Doświadczamy spadku wzajemnego zaufania i zgadzamy się na wytwarzanie wokół klimatu podejrzliwości: na funkcjonowanie według zasady „każdy jest podejrzany” (co, naturalnie, nie wyklucza z kręgu podejrzenia także nas samych). Co za tym idzie, przenosimy też całą odpowiedzialność za utrzymanie „porządku w mieście” na bezosobowe służby, bo sobie wzajemnie nie możemy już w tej mierze zaufać.

Erozja miasta: unifikacja i eliminacja „różnicy”

Jaki jest zatem wpływ tej swoistej technologii władzy na funkcjonowanie miasta – na to, co się realnie wydarza w przestrzeni publicznej? Historycznie przestrzeń miasta służyła wymianie, integracji i spotkaniu z „obcym”, który obcym przestawał być właśnie w wyniku spotkania na wspólnym gruncie. Reguły obowiązujące w tej przestrzeni kształtowały się organicznie, w oparciu o wzajemne ustępstwa i ucieranie poglądów na to, jak „być powinno”, tworząc tym samym trwałe podstawy pod pokojową współegzystencję. O tych regułach „społecznej samokontroli” i wypracowywaniu stabilnych podstaw konsensusu pisała m.in. Jane Jacobs, opisując miasto w latach 60.:
„W pierwszym rzędzie trzeba zrozumieć, że to publiczny pokój – pokój chodnika, pokój ulicy – miast... jest podtrzymywany przede wszystkim przez misterną, niemal nieuświadamianą, sieć dobrowolnych ograniczeń i standardów, przyjmowanych przez samych ludzi i przez nich również egzekwowanych”77.
Tak oddziaływująca przestrzeń publiczna umożliwiała skuteczne zarządzanie odmiennością, wypracowanie reguł trwałego porządku społecznego, bez rezygnowania z dopływu inspiracji i wiedzy z zewnątrz. Była podstawą dla wygenerowania tej wartości dodanej, jaką miasto zyskuje dzięki otwartości na różnorodność. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pomysł na instalowanie monitoringu wizyjnego jako narzędzia kontroli nad tym, co się w mieście wydarza jest symptomem końca tej epoki.
Potrzeba zinstytucjonalizowanej kontroli nad przestrzenią publiczną bierze się właśnie z niezdolności do radzenia sobie z różnorodnością, z poczucia, że odmienność – każda „nietypowość” w zachowaniu – stwarza zagrożenie dla porządku. I dlatego trzeba na nią reagować, a najlepiej skutecznie jej zapobiegać. Dla wielu autorów badających ten temat, boom na kamery przemysłowe w miastach jest symbolem obecnego „rozkładu miejskości” (urban malaise)8. Potrzeba unifikacji, dyscyplinowania wszystkich przybyszów i narzucania im z góry ustalonych wzorców zachowań jest zaprzeczeniem idei miejskiej otwartości.

Erozja przestrzeni publicznej: komercjalizacja i kontrola dostępu

Przejawem tego samego trendu jest wydzielanie „lepszej” – zazwyczaj uważanej za „bezpieczniejszą” – przestrzeni w ramach tego, co było „przestrzenią publiczną”. Wielkie centra handlowe – pozornie powszechnie dostępne – są już strefą „kontrolowanego dostępu”. Prawo przebywania w tej przestrzeni wiąże się z określonym statusem ekonomicznym i gotowością do uczestniczenia w akcie masowej konsumpcji. Kolejny krok to zupełna kontrola dostępu (łącznie z obowiązkową identyfikacją osób z zewnątrz) do takich obszarów, jak osiedla zamknięte – tu z definicji nie ma już mowy o „tkance miasta” i przestrzeni publicznej.
Warunkiem koniecznym dla zrealizowania tego projektu wydzielenia przestrzeni i dyscyplinowania użytkowników jest właśnie permanentny nadzór. Kamery umożliwiają gromadzenie i przetwarzanie informacji o tym, kto i jak zachowuje się na kontrolowanym terenie oraz sprawną reakcję dyscyplinującą, jeśli to, co widać, narusza przyjęte reguły gry. Kamera w przestrzeni publicznej zwykle sygnalizuje zmianę w kierunku komercjalizacji tej przestrzeni i wprowadzenia do niej innej logiki. Przestrzeń przyjmuje funkcję służebną wobec potrzeb biznesu9, a sam monitoring jest narzędziem „wychowywania” społeczeństwa do bardziej zdyscyplinowanej konsumpcji. W tym sensie monitoring staje się technologicznym przyczółkiem takich przemian w tkance miejskiej jak gentryfikacja. Pierwszym krokiem do podniesienia rynkowej wartości „ulicy” jest zazwyczaj instalacja kamer – już nie tylko symbolu „nowego” i „bezpiecznego” miasta, ale wprost narzędzia dyscyplinowania i formatowania mieszkańców (tak starych, jak i nowych).
Obserwujemy zatem erozję przestrzeni demokratycznej, w której miał prawo uczestniczyć każdy „obywatel miasta”, bez względu na status ekonomiczny, doraźne cele i pozory, jakie stwarza swoim wyglądem lub zachowaniem. Przestrzeń publiczna zostaje zrekonstytuowana: z areny demokratycznej interakcji staje się miejscem masowej konsumpcji10.
Idąc za tą argumentacją, nie można już uniknąć pytania: komu właściwie służą systemy monitoringu miejskiego? Które grupy społeczne mają szansę na realizację swoich rzeczywistych interesów, a które głównie płacą cenę – czy w twardej walucie, czy poprzez ograniczenie wolności?

„Monitoring wizyjny nie tylko ma sens – ma sens biznesowy”

Przede wszystkim, albo wyłącznie, biznesowy. Ten slogan, użyty przez władze miasta Glasgow w kampanii na rzecz rozpowszechniania systemów monitoringu11, dość dobitnie podsumowuje „o co chodzi” w pędzie do instalowania kamer na ulicach miast. Skoro nie potwierdza się argument, że maleje dzięki nim przestępczość (a więc najczęstszy argument pragmatyczny w ich obronie), to dlaczego miasta wciąż inwestują gigantyczne środki w systemy monitoringu? Nie potrzeba szczególnie wnikliwej analizy, aby dojść do wniosku, że jak zwykle, tak i tutaj chodzi przede wszystkim o pieniądze.
Miasta inwestują w monitoring, żeby „podnieść atrakcyjność” dla turystów, stworzyć image miasta nowoczesnego i sprawnie odpowiadającego na „nowe wyzwania”. Realnym celem nie jest wzrost poziomu bezpieczeństwa na ulicach czy cięcie kosztów w budżecie przeznaczonym na odnawianie ławek w parkach, ale potencjalny zastrzyk gotówki. Gotówki, którą przyniosą miastu inwestorzy lub konsumenci zwabieni takim wizerunkiem, a więc zwyczajnie złapani na swoistą kampanię reklamową miejskiej przestrzeni. Jest wreszcie kwestia nie do końca transparentnych przepływów finansowych wokół tworzenia systemów monitoringu fundowanych ze środków publicznych. Miasta niechętnie ujawniają kto i ile zarabia na instalowaniu, obsłudze i utrzymywania systemów monitoringu wizyjnego. Przede wszystkim na ich „utrzymywaniu”, czyli przeglądach technicznych, wymianie, unowocześnianiu, kontroli jakości... A są to pieniądze na pewno nie małe: jak wynika z ustaleń Piotra Waglowskiego, w samym budżecie Miasta Stołecznego Warszawy na te cele jest przeznaczane ponad 13.000.000 złotych rocznie12. Z całą pewnością można już mówić o przemyśle związanym z systemami monitoringu wizyjnego, a co za tym idzie: regularnym lobbingu na rzecz takich rozwiązań technologicznych, jakie przynoszą największe zyski.
Jednak nie tylko brak wystarczającej kontroli wydatków publicznych i ewentualne układy biznesowe na tym tle są problemem (a jednocześnie istotnym czynnikiem wyjaśniającym popularność kamer w miastach). Być może bardziej niepokojące jest to, że monitoring wizyjny wkroczył już na regularny rynek towarów i usług: z jednej strony, jako narzędzie wpływania na zachowania konsumentów; z drugiej, jako swoisty „produkt” sam w sobie. Prywatne pieniądze zainwestowane w systemy wideonadzoru zwracają się zwykle bardzo szybko, np. dzięki wyższym czynszom. Ludzie faktycznie są w stanie zapłacić ekstra za „poczucie bezpieczeństwa”, a odkąd nauczono ich kojarzyć je z ciągłym, elektronicznym nadzorem, zapłacą właśnie za zainstalowanie kamer na swoim podwórku. W tym sensie kamery przemysłowe stały się produktem na rynku, działającym w oparciu o typowe zasady marketingu. Konsument zyskuje przekonanie, że kupując określony towar nabywa też „element stylu życia”; że fakt korzystania z określonego dobra konsumpcyjnego zmienia jego status społeczny czy wręcz tożsamość. Popyt na kamery instalowane w grodzonych osiedlach, biurowcach i centrach handlowych w dużej mierze jest wynikiem tej samej logiki: „obiekt monitorowany” najwyraźniej kojarzy się z „przestrzenią dobrobytu i bezpieczeństwa”, jest swoistym luksusem na miarę rodzącej się metropolii.

***


Pozostaje pytanie, czy jako mieszkańcy miast zgadzamy się z przyjęciem takiej tożsamości na własnym, jednostkowym poziomie oraz z takim przekształceniem reguł funkcjonowania miasta, jakie narzuca paradygmat wideonadzoru. Najważniejsze, to zrozumieć, że mamy wybór. Decyzja, co do tego, czy jako konsumenci, inwestorzy albo podatnicy chcemy płacić za instalowanie kamer, to jest jak najbardziej wybór – oparty niemal na takich samych zasadach, jak wybór proszku do prania, z tym że o dość doniosłych społecznie konsekwencjach. Dlatego tym razem warto się zastanowić.

***


Katarzyna Szymielewicz - prawniczka, aktywistka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i School of Oriental and African Studies w Londynie (Development Studies). Współzałożycielka i dyrektorka Fundacji Panoptykon, zajmującej się problematyką społeczeństwa nadzorowanego (www.panoptykon.org). Stale współpracuje z Koalicją KARAT, Fundacją Ekologia i Sztuka oraz Helsińską Fundacją Praw Człowieka. Działa w ramach koalicji organizacji pozarządowych Social Watch - inicjatywy na rzecz rozwoju społecznego i przeciwdziałania wykluczeniu (www.socialwatch.org).

Katarzyna Szymielewicz: Miasto – Obiekt Monitorowany?

Przypisy:
1Określany też jako CCTV (closed circuit television) albo monitoring za pomocą kamer przemysłowych.
2Hempel, L., Töpfler, E., CCTV in Europe, Final Report, 2004. Raport powstał w ramach projektu „On the Threshold to Urban Panopticon? Analysing the Employment of CCTV in European Cities and Assessing its Social and Political Impact” realizowanego na zlecenie Komisji Europejskiej.
3Miłosz M., Monitoring nie zwiększa bezpieczeństwa?, „Życie Warszawy”.
4Baudrillard J., Symulakry i symulacja, (Simulacres et simulation), przeł. Sławomir Królak, Sic!, Warszawa 2005.
5Graham S., Spaces of Surveillant Simulation. New Technologies, Digital Representations, and Material Geographies, w: “Environment and Planning D: Society and Space”, vol. 6, 1998.
6Ibidem.
7Jacobs J., The Death and Life of Great American Cities, London, 1961 [tłumaczenie własne autorki].
8Bannister J., Fyfe N., Kearns A., Closed Circuit Television and the City, w: C. Norris, J. Moran and G. Armstrong, Surveillance, Closed Circuit Television and Social Control, Aldershot: Ashgate, 1998.
9Por. Ibidem.
10Por. Davis, S., Big Brother: Britain’s Web of Surveillance and the New Technological Order, London, 1996. Flusty.
11Fyfe, N. R., Bannister, J., The Eyes on the Street. Closed Circuit Television Surveillance in Public Spaces, Chicago, 1994.
12Por. http://prawo.vagla.pl/node/8275.


Dodano: 2009-10-02 13:37:43

ZAKŁAD STOLARSKI
ZAKŁAD STOLARSKI

Cinema Lumiere

Dzisiaj: (25.08.2016)

Reklama

Z jakim problemem spotkałeś/spotkałaś się przy poszukiwaniu pracy?
zbyt niskie wynagrodzenie
zbyt wygórowane oczekiwania
brak umowy o pracę
brak szkoleń
brak odpowiednich warunków/narzędzi do pracy
brak świadczeń dodatkowych
inne

Kursy walut

Dane NBP
(kurs średni)
z dnia: 23-08-19

1 USD: 3,93711 EUR: 4,3572
1 CHF: 3,98761 GBP: 4,8050
1 RUB: 0,0600 


Start


Aktualności


Informacje


Biznes


Rozrywka


Turystyka



Ogłoszenia - Suwałki | Montaż kamer Suwałki | Agroturystyka Suwalszczyzna | Internetowe Biuro Nieruchomości | Reklama Suwałki

Copyright © 2004-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone. Numer ISSN: 2080-6701
Redakcja: Suwalski Serwis Informacyjny ul. Noniewicza 95, 16-400 Suwałki
Serwis Suwalki.info nie ponosi odpowiedzialności za treści dodane przez użytkowników
tel: 87 730 5991, 885-212-212 e-mail: [email protected], [email protected]
projekt i wykonanie: