suwalki.info - Suwalski Serwis Informacyjny
Wywiad z Jerzym Siemaszko, archeologiem i winiarzem – człowiekiem wielu zainteresowań

Festyn Archeologiczny jest imprezą bardzo popularną. Średnio uczestniczy w nim 1,5-2 tys. osób. Jakie zainteresowanie było w tym roku?

Zdecydowanie większe niż w ostatnich latach, ale nie pobiliśmy naszego rekordu z 2005 roku - wtedy odwiedziło nas ponad 5 tysięcy osób. Natomiast w tym roku osiągnęliśmy bardzo dobry rezultat – w festynie wzięło udział ponad 3 tysiące odwiedzających. Frekwencja druga czy też trzecia w jedenastoletniej historii. Naprawdę niezły wynik.

Jak narodził się pomysł organizacji festynu? Jakie były jego początki?

To historia bardzo ciekawa. Mamy przyjaciół wśród archeologów w różnych częściach Polski, w tym dyrektora słynnego muzeum w Biskupinie. W naszym kraju pierwszą zakrojoną na tak szeroką skalę imprezą z dziedziny archeologii eksperymentalnej był właśnie festyn w Biskupinie. Wystartował cztery lata przed naszym. Okazał się wielkim sukcesem, szczególnie w tych pierwszych latach. Biskupin odwiedzało wtedy nawet 80-90 tysięcy osób. Festyn trwa dość długo, około 8-9 dni, stąd ogromne zainteresowanie i nagłośnienie. Do nas przyjeżdżała i do tej pory przyjeżdża osoba, która z Biskupinem jest ściśle związana – to Wiesława Gawrysiak. Jednocześnie jest bardzo emocjonalnie związana z Suwalszczyzną i ze Szwajcarią właśnie. Spędziła tam swoją młodość - jako rysowniczka z Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie brała udział w wykopaliskach na tym cmentarzysku. Wiesława Gawrysiak bardzo chciała, żeby wokół Szwajcarii coś zaczęło się dziać. Trafiła na podatny grunt - obaj z Jurkiem Brzozowskim – dyrektorem muzeum stwierdziliśmy, że warto coś takiego spróbować zrobić, ale w inny sposób niż w Biskupinie. Festyn w Biskupinie - przy całym szacunku dla jego wspaniałego przygotowania, poziomu merytorycznego - jest jednocześnie dla tamtejszego muzeum sposobem na dorobienie pieniędzy do pustej muzealnej kasy. Sprzedaje się tam dużo droższe niż u nas bilety, a dodatkowo pobiera się opłaty za prezentacje. Ma to dostarczyć dodatkowych środków muzeum, bo wiadomo, że muzea są instytucjami niedofinansowanymi. Myśmy od razu przyjęli założenie, że nasz festyn nie będzie imprezą komercyjną. Pobieramy opłaty symboliczne i tylko z konieczności, a bywały też takie sytuacje, że przez lata dostawaliśmy dofinansowanie - czy to unijne, czy krajowe - wtedy w ogóle nie pobieraliśmy opłat za festyn. Ponosimy z tego tytułu spore wydatki, ale wychodzimy z takiego założenia, jak przy organizacji wystaw – one są dla ludzi, muzeum jest dla ludzi i ma tych ludzi przyciągnąć. Ma im coś zaoferować. To podatnicy nas utrzymują. Ludzie, którzy zarabiają w zupełnie innych dziedzinach, pośrednio zrzucają się na nasze dziedzictwo narodowe. W zamian za to chcemy im coś zaproponować, a festyn jest ciekawą dyscypliną. Wystawy w muzeach są bardzo różne, ale generalnie rzecz biorąc, część ludzi uważa, że oglądanie eksponatów zza szybki jest nudne, nie jest tym, co ich pociąga. A w tym przypadku mogą przyjść i kopie przedmiotów wykopanych z ziemi zobaczyć w użyciu, dowiedzieć się, w jaki sposób te przedmioty wykonywano.

Ile kosztuje zorganizowanie festynu? Czy wojowie i rzemieślnicy są opłacani?

Są opłacani, ale są to opłaty w dużym stopniu symboliczne. Wojowie ostatnio bardzo licznie przybywają na nasz festyn - właściwie za darmo, za zwrot kosztów dojazdu, produkty żywnościowe. Oni sobie zaczęli ostatnio sami gotować, choć zawsze organizujemy jakieś ogniska, wieczorne przyjęcia. Staramy się, żeby uczestnicy wynieśli stąd jak najlepsze wrażenia. Jednak zwrot kosztów dla kilkudziesięciu osób to już jest kwota dla muzeum spora. Z pieniędzmi bywa różnie - pierwsze festyny kosztowały nas trochę mniej. Teraz staramy się zamykać w kwocie 25-30 tys. złotych. Udaje się nam z tego odzyskać połowę (bilety, sponsorzy), drugą połowę wykładamy z naszego budżetu. Zorganizowanie wystawy kosztuje często nie mniej, ale wychodzimy z założenia, że festyn to inna, atrakcyjna forma działalności - czasami dużo bardziej popularna.

Czy na przestrzeni lat program festynu ulegał zmianom? Czy do Suwałk przyjeżdżają ci sami rzemieślnicy?

Wiele prezentacji jest pokazywanych co roku. Nasza impreza skupia grono przyjaciół, przyjeżdżają w zasadzie te same osoby, które bardzo lubią nasz festyn, podkreślają jego odrębność w stosunku do wielu imprez masowych. Są to osoby uczestniczące często w kilkunastu takich imprezach w ciągu roku i akurat nasz festyn traktują w sposób wyjątkowy. Twierdzą, że u nas jest odpowiednia publiczność, ludzie nie śpieszą się, chcą porozmawiać z wykonawcami, a ci nie czują się przez to jak zwierzęta w klatce - w zoo. Tak niestety czasami bywa na dużych imprezach – ludzie po prostu przechodzą i oglądają wszystko w pośpiechu, nie mają okazji porozmawiać z wykonawcami. Nasza impreza daje większe możliwości.

Co roku staramy się tez ofertę troszeczkę zmieniać i rozwijać, żeby odwiedzali nas stali goście – nie tylko wykonawcy. Widzimy te same twarze co roku. Są ludzie, którzy żadnego festynu nie opuszczą, nawet jeśli część prezentacji znają. Po pierwsze chcą jeszcze raz coś zobaczyć czy pobawić się podczas festynu - niektóre rzeczy można robić samemu, pod okiem archeologów. Ludzie muszą mieć jednak coś nowego. Staramy się też spełniać funkcję edukacyjną. Co roku odbywają się inscenizacje - to już taka tradycja od drugiego festynu. Staramy się odgrywać pewne epizody z dziejów naszych ziem, były to dotychczas różne przedsięwzięcia: a to pogrzeb księcia pochowanego w Szwajcarii, a to walki z Krzyżakami, czy jak w tym roku - najazd na gród jaćwieski z czasów Bolesława Krzywoustego. Chcemy, żeby ludziom pozostały jakieś wspomnienia po tym festynie, a jednocześnie, żeby mieli dobrą zabawę.

Skąd przyjeżdżają wykonawcy i rzemieślnicy?

Przede wszystkim z Polski i Litwy. Były zakusy, żeby ściągnąć ludzi z Wielkiej Brytanii, ale na razie koszty przejazdu stanęły nam na drodze. Chętnych do udziału mamy czasami nadmiar.

Czy to prawda, że muzeum planuje stworzenie oddziału na Cmentarzysku Jaćwingów?

To jest nasz dalekosiężny plan. Mamy nadzieję, że uda nam się go zrealizować. Chcemy w Szwajcarii zorganizować oddział archeologiczny naszego muzeum, takie muzeum na świeżym powietrzu, gdzie znalazłaby miejsce stała ekspozycja. Planujemy też w większym stopniu wprowadzić nowoczesne formy prezentacji materiałów i przekazu. Znamy najnowsze osiągnięcia wystawiennicze, dużo podróżujemy po Europie, czerpiemy z najnowszych wzorców.

Jak miałby wyglądać ten oddział?

Zmieniona forma wystawy z dużą ilością komponentów multimedialnych i interaktywnych, aczkolwiek bez przesady. Ekspozycja z użyciem najnowszej techniki, z rekonstrukcją zabudowań bałtyjskich czy też jaćwieskich. Na razie stoi tam mała ziemianka, stoiska do pokazów są prowizoryczne. Chcemy tam postawić niedużą wieś jaćwieską, a na cmentarzysku zrekonstruować jeden z kurhanów, żeby można go było zwiedzać od środka i zobaczyć, jak wyglądał w czasie, gdy funkcjonował tam pochówek. Stanie tam również budynek, który będzie służył archeologom podczas prowadzonych badań naukowych, będą tam także magazyny. Sama Szwajcaria stanie się jednym z elementów tego całego przedsięwzięcia. W okolicy znajdują się niezwykle wartościowe stanowiska archeologiczne: dwa grodziska w Osinkach otoczone wieńcami osad, kolejne cmentarzyska kurhanowe. Chcemy stworzyć szlak turystyczny – miejsce, w którym będzie można spędzić cały dzień, posłuchać przewodnika.

Ile czasu zajmie realizacja tego projektu?

W tej chwili jesteśmy w fazie organizacji koncepcji. To będzie dość kosztowne przedsięwzięcie. Mamy bardzo dobrą wolę ze strony władz miejskich - możemy liczyć na dofinansowanie z budżetu miasta. Nie możemy jednak tego zrealizować przed zakończeniem remontu budynku Muzeum Okręgowego. W momencie, gdy remont się zakończy (za około 2 lata), środki będzie można przeznaczyć na budowę centrum.

Co zmieni się w Muzeum Okręgowym w czasie tych dwóch lat?

Przede wszystkim chcemy przywrócić reprezentacyjny wygląd tego budynku. On niestety nie miał szczęścia - od stu lat nigdy nie był poważnie remontowany, za to był bardzo chętnie dewastowany. Największe zniszczenia zostały dokonane po wojnie. Wtedy znajdował się tam internat, a w sali balowo-teatralnej była sala gimnastyczna. Chcemy przywrócić budynek do pierwotnej świetności, ponieważ nawet wejście do muzeum zostało przebudowane. Nigdy nie była to taka wąska bramka jak w tej chwili. Czasy się zmieniają, muzeum trzeba dostosować. Chcemy zamontować windę towarową, bez niej przygotowanie ekspozycji to bardzo trudne przedsięwzięcie. Wystarczy wspomnieć przygotowania do wystawy, na której prezentowana była terakotowa armia cesarza Chin. Wszystkie figury musieliśmy wnosić po schodach.

Archeologia to Pana sposób na życie, tą pasją zaraził Pan także swoje córki. Czy zachęcał je Pan w szczególny sposób do tego, żeby poszły w Pana ślady?

Cóż, nie musiałem. Stało się to w sposób całkowicie naturalny. Po prostu od wczesnego dzieciństwa jeździły ze mną na wykopaliska. Obserwowały, jak działalność archeologa wygląda naprawdę, że nie jest to zabawa w stylu Indiany Jones’a, lecz żmudna praca nie tylko w ziemi, ale i przy dokumentacji. I wcale przez to nie mniej ciekawa. Najwyraźniej taka motywacja im wystarczyła, choć ja nigdy ani nie namawiałem, ani nie odradzałem takiego pomysłu na życie zawodowe. W rezultacie dwie córki skończyły archeologię, a trzecia, najmłodsza, choć archeologiem być nie ma zamiaru, to jednak interesuje się wczesnośredniowieczną historią i kulturą. Traktuje to jako hobby, które realizuje na przykład poprzez działalność w Bractwie Jaćwingów.
A na koniec dodam jeszcze, że archeologię studiowali moja bratanica i siostrzeniec, nie mówiąc o kilkunastu absolwentach działającego przy naszym muzeum Klubu Archeologicznego. Widać więc, że jest to pasja mocno zaraźliwa…

Czy miał Pan okazję pracować ze swoimi córkami przy wykopaliskach?

Jak już wspominałem, jeździły ze mną na badania terenowe od dawna i jeszcze w ich czasach licealnych zdarzało mi się powierzać im zadania, z którymi mieli problemy praktykujący u nas studenci archeologii. Teraz są już pełnoprawnymi archeologami. Aleksandra skończyła studia w tym roku i pojechała zdobywać szlify na wykopaliskach pod Włocławkiem z ekipą toruńską, ale najstarsza Julia już od 2006 roku wspiera mnie w prowadzonych na bardzo szeroką skalę ratowniczych badaniach wykopaliskowych, wyprzedzających budowę obwodnic Augustowa i Sztabina. Uczestniczy też w opracowaniu naukowym trzech stanowisk, a to rola bardzo odpowiedzialna. Cieszę się z tej współpracy. Z jednej strony córka bardzo mi pomaga, z drugiej zaś, ciągle jeszcze praktykuje pod moim okiem i zdobywa nowe kwalifikacje, bo w badaniach naukowych proces kształcenia nie kończy się praktycznie nigdy.

Co ma wspólnego archeologia z winem?

Cóż, można by powiedzieć, że bardzo wiele, bo uprawa winorośli jest równie stara, jak cywilizacja europejska czy bliskowschodnia. Wiele jest odniesień do winorośli w Biblii i pismach antycznych, a różne badania archeologiczne dostarczają dowodów produkcji wina od wielu tysiącleci. Drugie odniesienie, to specyfika zawodu archeologa i związane z nią liczne podróże, często do krajów śródziemnomorskich, a więc cywilizacji wina. Mnie urzekł nie tylko smak samego trunku, towarzyszącego nierozerwalnie kuchni francuskiej, włoskiej czy hiszpańskiej. Można przecież bez trudu i dużo mniejszym kosztem zaopatrzyć się w najlepsze wina w wielu sklepach. Ważniejsza jest sama uprawa winnego krzewu. Choć to praca czasem ciężka i nie tolerująca najmniejszych błędów czy opóźnień, daje jednak niesamowity spokój i stabilizację, co stanowi znakomitą odskocznię od intensywnej pracy zawodowej i koi zszarpane wiecznym wyścigiem szczurów nerwy.

Od jak dawna zajmuje się Pan produkcją wina i uprawą winorośli?

Terminowałem w winnicach luksemburskich w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, w sumie spędziłem tam prawie pół roku. Kiedy tylko kupiłem małą posiadłość na wsi w 2000 roku, od razu zacząłem sadzić winorośl. Na początku było to 20 krzewów, dość przypadkowo dobranych odmian. Później zdecydowałem się zacząć robić wino, a to wymagało już większej plantacji. Kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej - okazało się, że oficjalnie uprawa może być zarejestrowana, jeśli ma powierzchnię co najmniej 10 arów. Powiększyłem ją więc do 11, a później 13 arów. Teraz to już oficjalnie funkcjonująca winnica o wdzięcznej nazwie Villa Nova. Wina mam jednak niezbyt wiele, bo ciągle eksperymentowałem z doborem odmian i dopiero w ubiegłym roku zakończyłem proces ich wymiany na najlepiej przystosowane do naszych warunków klimatycznych.

Wiedzę o uprawie winorośli nabył Pan samodzielnie. Na zasadzie prób i błędów, czy czytał Pan „literaturę fachową”? Czy teraz swoją wiedzę przekazuje Pan innym?

Zdarza się, że zgłaszają się do mnie po poradę ludzie, którzy mają kawałek ziemi, na którym sadzili dotąd zboże i chcą zmienić uprawę na bardziej opłacalną, myślą więc o winorośli. Wydaje im się, że to żaden problem, jakby przestawić się na przykład z uprawy ziemniaków na buraki cukrowe. Kiedy pytam, co wiedzą na temat uprawy winorośli i produkcji wina, okazuje się, że nic. Bardzo im wtedy takie pomysły odradzam, bo są z góry skazane na niepowodzenie, a jeśli ktoś uzależnia od ich realizacji swoje dochody, może się to skończyć katastrofą finansową i prawdziwym dramatem.
Uprawa winorośli i wytwarzanie wina z rolnictwem ma tylko jedno słówko zbieżne – „uprawa”. Poza tym jest to zupełnie coś innego. Jakość wina powstaje w winnicy, bo tylko z idealnych owoców da się zrobić dobre wino. Nie ma więc mowy o jakichkolwiek błędach, a jest to trudne do uniknięcia, bo winorośl jest rośliną w uprawie bardzo kapryśną. Jeszcze szerszym zagadnieniem jest winiarstwo. To już prawdziwa sztuka i to sztuka w mariażu z nauką. Trzeba tu ogromnej wiedzy nie tylko z dziedziny biologii, ale i fizyki czy chemii. Przez cały czas dokształcałem się więc, studiując fachową literaturę, od amatorskiej po coraz bardziej specjalistyczną. Skończyło się na podręcznikach uniwersyteckich. Czasem śmieję się, że chyba już najwyższy czas, żeby napisać przynajmniej magisterium, jeśli nie doktorat w którymś z instytutów winiarskich we Francji czy w Niemczech. A niezależnie od tego zdobywałem własne doświadczenia, tym bardziej cenne, że moja winnica leży w strefie klimatu chłodnego, gdzie winorośl napotyka na ekstremalnie trudne warunki. Jest jednak grono zapaleńców, którzy uprawiają winorośl w takiej strefie, od Kanady i USA poczynając, przez Anglię, Skandynawię, kraje nadbałtyckie, aż po rosyjską Syberię. Zrzeszyliśmy się nawet w międzynarodowym stowarzyszeniu. Miałem okazję podzielić się swą wiedzą w referatach wygłoszonych na kongresach naukowych w Jurmale na Łotwie i polskim Mierzęcinie. Cieszę się, jeśli moja wiedza komuś się przyda i dzięki niej uniknie rozczarowań, nerwów i kosztów. Dzielę się swoim doświadczeniem na stronie internetowej www.winnicepolskie.pl oraz na forach winogrodniczo-winiarskich, jak www.winogrona.org , www.kurdesz.com czy www.wino.org.pl. I mam powód do ogromnej satysfakcji, bo moje wino podczas krajowych i międzynarodowych degustacji zyskało duże uznanie, nawet w konfrontacji z pochodzącymi z dużych winnic komercyjnych. Moja praca nie idzie więc na marne.

Dziękuję za rozmowę.

Autor podczas degustacji wina na międzynarodowej konferencji naukowej poświęconej uprawie winorośli w Jurmale koło Rygi, Łotwa, fot. M. Sierpiński.Winobranie w winnicy Villa Nova. Fot. J. Siemaszko.Winnica Villa Nova jesienią. Fot. J. Siemaszko.
Julia i Ewa Siemaszko w strojach jaćwieskich na festynie archeologicznym
Szwajcaria 2009. Fot. J. Siemaszko.
Aleksandra Siemaszko podczas pokazów pożywienia pradziejowego na festynie. Fot. K. Wasilczyk.



Dodano: 2009-07-23 11:18:14

UNIWERSUS
KURSY OBSŁUGI KAS FISKALNYCH

Cinema Lumiere


Reklama

Z jakim problemem spotkałeś/spotkałaś się przy poszukiwaniu pracy?
zbyt niskie wynagrodzenie
zbyt wygórowane oczekiwania
brak umowy o pracę
brak szkoleń
brak odpowiednich warunków/narzędzi do pracy
brak świadczeń dodatkowych
inne

Kursy walut

Dane NBP
(kurs średni)
z dnia: 6-12-19

1 USD: 3,85001 EUR: 4,2721
1 CHF: 3,89631 GBP: 5,0527
1 RUB: 0,0604 

Start


Aktualności


Informacje


Biznes


Rozrywka


Turystyka



Ogłoszenia - Suwałki | Nasz fanpage na FB | Agroturystyka Suwalszczyzna | Internetowe Biuro Nieruchomości | Reklama Suwałki

Copyright © 2004-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone. Numer ISSN: 2080-6701
Redakcja: Suwalski Serwis Informacyjny ul. Noniewicza 95, 16-400 Suwałki
Serwis Suwalki.info nie ponosi odpowiedzialności za treści dodane przez użytkowników
Tel: 885-212-212 e-mail: redakcja@suwalki.info, reklama@suwalki.info
Projekt i wykonanie: